czwartek, 23 grudnia 2010

niespodzianka

Mój przyjaciel kiedyś mi powiedział - nigdy nie zadawaj pytań, na które nie chcesz znać odpowiedzi. Pewnie cytował któregoś z wieszczów, o czym oczywiście nie mam pojęcia. Mimo wszystko, zdanie to było i jest dla mnie ważne. Wypadałoby w końcu coś z niego wyciągnąć, a nie z tępą nadzieją liczyć na to, że odpowiedź na każde pytanie będzie mi sprzyjać. Ale Aleksandra, jak pięcioletnie dziecko, woli żyć w przekonaniu, że znajdzie się w centrum każdej wypowiedzi i - oczywiście - otrzyma wraz z nią same laury i pochwały. Narcyzm boli.

niedziela, 19 grudnia 2010

czas obniżyć wymagania

Przez całe życie myślałam, że nie lubię kobiet. W końcu do mnie doszło - to nie tak! Mężczyzn dotyczy to w tym samym stopniu. Ja po prostu nie lubię ludzi.

Kobiety są takie bezradne! To wieczne ofiary - losu lub tyranii mężczyzn, w zależności od tego, co pasuje w danym momencie. Nie wiedzą czego chcą, nie potrafią podjąć żadnej decyzji, a słowo konkret nie istnieje w ich słowniku. Dodatkowo specjalnie robią z siebie kretynki, by to podkreślać. Prezentują swoją dezaprobatę ostentacyjnym obrażeniem się, jakby kogokolwiek obchodziło, co one mają w danej sprawie do powiedzenia. A jeśli nikt nie zasłuży na focha, to i tak nie dowie się, co myślą - i to nie przez ich nieśmiałość, a w ramach kokieterii. Kobiety intrygują, chcąc zwrócić na siebie uwagę lub osiągnąć cel. A jeśli się nie uda, wypierają się odpowiedzialności. A co najgorsze, wcale nie chcą nad sobą pracować i tego zmieniać. 
Muszę jednak przyznać, że to one właśnie mają te cechy, z którymi lubię obcować - są ładne i urocze. Jak małe puchate kotki. Niestety, kotki mają o tyle przewagę, że nie wymagam od nich posiadania mózgu. Może od kobiet też nie powinnam?

Mężczyźni z kolei to wieczni hipokryci, nieustannie próbujący wykazać się swoją siłą, inteligencją czy humorem. Każde wypowiedziane przez nich słowo trzeba przepuścić przez filtr próżności. Znajdując się w grupie, ich samcze gadki doprowadzają słuchaczy do całej gamy pozytywnych reakcji - od kpiny, przez zażenowanie, aż do odruchów wymiotnych. Widzą się jako honorowych i dotrzymujących słowa, w rzeczywistości nie wiedząc nawet, kiedy powinni się owymi cechami wykazać. Promują się jako prostych w obsłudze, nie wiedząc samemu, czego naprawdę chcą. Jest w tym jednak element prawdy. Receptą na samca jest choćby delikatne połechtanie jego niemieszczącego się w żadnej przestrzeni ego. Istne remedium! Kawałek soczystego schabu jest mniej kuszący dla psa, niż dla mężczyzny pierwsza lepsza łatwa kobieta. 
Na dodatek nie bez powodu określa się mianem "płeć piękna" płeć przeciwną. Nie dość, że przeciętnego faceta nie da się słuchać, to jeszcze nie ma na co patrzeć. 

Istnieją jednak wyjątki, i to w obydwu grupach. Jedna kobieta na milion ma w sobie te elementy błyskotliwości, niezależności i zaradności, tak jak ego jednego mężczyzny na milion jest się w stanie zmieścić w moim mieszkaniu, a on sam potrafi się oprzeć nagiemu, kobiecemu ramieniu.

Przyjaźń między kobietami jest trudna, jednak czasem spotkają się dwie z tych jednych na milion. To, że mnie to spotkało, uważam za jeden z największych życiowych sukcesów. Może nie powinnam oczekiwać niczego więcej. Ale jestem istotą rasy żeńskiej, orientacji heteroseksualnej. I naprawdę wierzę, że kiedyś uda mi się chociaż poznać tego jednego na milion, samotnego mężczyznę. Zawsze byłam naiwna.

czwartek, 16 grudnia 2010

welcome to Singapore!

- Lola! Gaś tego szluga, jesteśmy w Singapurze, dostaniesz za to pięćdziesiąt batów kary!
- To by było całkiem ciekawe doświadczenie. Uderzył cię ktoś kiedyś batem?
- Dlaczego nie dziwi mnie, że to powiedziałaś...
- Daj spokój Baster, jesteśmy w malajskim pociągu, w środku singapurskiej dżungli... - wymamrotałam, stojąc przy otwartych drzwiach pędzącego pociągu, delektując się ciepłym powiewem wiatru. Jestem przy równiku, jest idealnie.
- Widzisz tu jakiś brzydki albo stary dom?
- Hmm... trzeba się przyjrzeć. O, tam jest jeden!
- To nie dom, to jakaś zabita dechami szopa.
- Wychodzi na jedno. Jest jeden zniszczony budynek. Jeden zero dla nas.
- To niesamowite, tu naprawdę nie ma brzydkich domów.

Dworzec kolejowy. Zwyczajny, ale czysty. Wymieniamy pieniądze. Ładne, kolorowe - różowe, niebieskie, zielone... z  przeźroczystą plastikową "szybką". Urocze. Singapurskie dolary, brzmi dumnie.
Trzeba się dostać do centrum. Ale są priorytety... gdzie tu można coś zjeść?
Krocząc pięknymi uliczkami, po których równie dobrze można byłoby się przechadzać boso, możemy podziwiać wszechobecne flagi Republiki Singapuru. Chyba trafiliśmy na kolejne święto niepodległości. Akompaniują nam śliczne trawniczki, fontanny, ładne samochody. Panuje podobny klimat jak w Monako. Uparcie staram się znaleźć na chodniku jakiegoś niedopałka, bez skutku. Obejrzałam się dookoła, na jakimś niskim budynku widnieją chińskie znaki. O, ten znam!
- Restauracja! Znak na jedzenie!
- Faktycznie, wchodzimy!
W knajpie panował swojski klimat. Nie było ani nowocześnie, ani szczególnie schludnie. Plastikowe, czerwone krzesełka, kilka okienek kilku różnych chińskich knajpek. Niektóre dopiero się otwierały, było około dziesiątej. Przy stoliku obok jakiś ptak dojadał niedokończoną przez kogoś zupę. Mało singapursko.
- Jesteśmy w China Town! - powiedział z dumą lider naszej grupy, Mateusz, po zapoznaniu się z mapą załączoną w przewodniku Lonely Planet.
- Dlaczego mnie to nie dziwi... Widzę, że nawet w singapurskim China Town panuje syf. Idę kupić papierosy. - powiedziałam, kierując się do najbliższego otwartego okienka. Dziewięć i pół SGD za paczkę mentholowych Marlboro.  Wtedy niecałe trzydzieści złotych. Aleksandro, jesteś w bogatym kraju, który nie lubi palaczy. Biorę, najwyżej będę głodować pod koniec wyjazdu. Jako śniadanie zamawiam arbuza, wygląda najbardziej znośnie. Niestety nie skusiłam się na rosół z rybimi jajami. Dziwne.

Byłam jedynym ekscentrykiem w naszej niewielkiej grupce, reszta zajadała się orientalnymi przysmakami, udając, że im smakują. W końcu chcemy się asymilować, jesteśmy tolerancyjni i ciekawi świata. W takich momentach trzeba na chwilę zapomnieć o tym, że jesteśmy białasami.
Patrzę naokoło, przy stolikach obok wszyscy Chińczycy palą. Zapalić, nie zapalić, zapalić, nie zapalić. Odpalam pierwszego Marlboro. Przez chwilę poczułam się jak mały palacz-przestępca z czasów gimnazjum. Całkiem ekscytujące, ale nie mam już za bardzo siły na takie zabawy. Trzeba się dowiedzieć o co z tym wszystkim chodzi. Nikt jednak nie mówi po angielsku.
Idę ulicą, patrzę na kolorowe Cheong-sam na wystawie. Podbiega Baster z Martą.
- Już wiemy! Jesteśmy w China Town, więc tutaj trochę olewają sobie prawo. Ale ponoć dotyczy to tylko miejscowych. Jak policjanci przyłapią turystę lub białego palącego w knajpie, dostaje mandat - 150 dolarów.
- Rasizm... no dobrze. Czyli my nigdzie nie możemy palić?
- Możemy, przy śmietnikach oznaczonych "SMOKING AREA".
- Gdzie jest najbliższy?
- Na rogu.
Na szczęście takowy śmietnik znajduje się na prawie każdym rogu, a w centrum gromadzi się przy nich wielka grupa pracujących w biurowcach białasów i skośnych. Zabawny widok.

Obserwacja nr 1 - w Singapurze jest wielu ładnych ludzi. Razem z Martą postanawiamy liczyć grube Chinki. Ciężkie zadanie. Po trzech dniach jest 3 do 2 dla Marty. Nigdy nie byłam w to dobra.
Obserwacja nr 2 - nie ma tu policjantów. Dziwne, ale nie narzekam.
Obserwacja nr 3 - ale tu jest ładnie. Dużo (jednak nie za dużo) ozdób, czysto, nowocześnie, zielono.

Kierujemy się do Muzeum Azji i Pacyfiku. Muszę przyznać, jedno z najfajniejszych w jakich byłam w życiu. Nawet mi się podobało, co się raczej nie zdarza. Na dole spotykam znudzoną Martę. Postanawiamy wyjść na świeże powietrze. Zagaduje nas rykszarz-bej, jeżdżąc swoim dziwnym pojazdem wokół nas. Oczywiście myli Poland z Holland, wykrzykując, jak świetnie graliśmy na tegorocznym Mundialu i jak nam kibicował. Grzecznie dziękujemy i idziemy dalej. Przed muzeum stoi Pan sprzedający lody... w różowym, słodkim chlebie. Dwa sing-dolce, nie ograniczamy się. Wybieram smak mango. O dziwo, to było smaczne. Naprawdę!

W końcu reszta grupy opuściła muzeum. Postanawiamy, że trzeba znowu coś zjeść. Idziemy do pierwszego lepszego baru w centrum, który nie zabije nas swoimi cenami. W końcu chwila odpoczynku, nie trzeba łazić z tymi wielkimi plecakami! Mój filet z kurczaka był niedosmażony ("Czego się spodziewałaś? Jesteś w Azji..."), albo mówiąc inaczej, w połowie surowy, ale byłam zbyt zmęczona by narzekać. Zostawiłam prawie cały obiad nieruszony i wkurwiona na tę połowę świata, tęskniłam za porannym arbuzem. Krótka gadka-szmatka z moimi znajomymi na temat mojej wybredności doprowadziła do tego, że przeszłam się do najbliższego śmietnika-popielniczki. Ah, towarzystwo papierosów zawsze było mi drogie. W końcu chwila samotności, z dala od objaśniania planów na najbliższe pięć minut lub bezsensownych dyskusji na temat surowego mięsa. Konkluzja śmierdzącej przerwy: jestem aspołeczna. Cóż, zdarza się.

Rozdzielamy się. Z Martą mamy spać u nieznanego nam jeszcze Filipińczyka. Spotkanie ustalone jest w jednym z centrów handlowych dzielnicy Little India (kolejna dzielnica wiecznego syfu, niezależnie od kraju, w którym się znajduje). Po półtorej godzinnej tułaczce po tym urokliwym państwie-mieście udało nam się trafić. Nasz ratunek na dzisiejszą noc stał i czekał na nas przed kawiarnią Coffee Bean. W końcu się gdzieś rozłożymy!
Juner był trzydziestosiedmioletnim, niskim, kulejącym Filipińczykiem, pracującym dla NGO. Nie myślałam, że okaże się być tak ciekawym człowiekiem. Wyprowadził nas z City Square Mall. Po przejściu przez małą uliczkę, powiedział, że jesteśmy na miejscu. Przed nami stały dwa wielkie, przeszklone apartamentowce, otoczone basenem, jacuzzi i krytą siłownią. By dostać się do środka, trzeba było otworzyć kilka bram z czytnikami kart magnetycznych i wjechać na dwudzieste piętro. Mieszkanie było również zabezpieczone na kartę i kod. Jak my tu wrócimy same, nie mam pojęcia.

Apartament wyglądał jak hotel. Wszystkie rzeczy idealnie czyste, sprawiające wrażenie nowych. Plazma na ścianie, piękna łazienka, nowoczesna kuchnia. Boję się czegokolwiek dotknąć, ale jestem zachwycona. Całe życie miałam słabość do ładnych i nowych rzeczy, tak już mam. Singapurze, kocham Cię.
Juner zaczyna nam opowiadać o sobie. Kiedyś był dziennikarzem na Filipinach. Niestety niepoprawne politycznie artykuły sprawiły, że musiał zrezygnować z zawodu. Wstąpił do NGO i pomagał filipińskim rybakom. Mieszkał w Afganistanie, Amsterdamie, na Sri Lance, teraz w Singapurze. Zajmuje się programem matury IB na świecie, szkoleniem nauczycieli. W ojczyźnie nie był od 12 lat. Rodziny brak. Mieszkanie utrzymuje mu firma. Mówi, że gdy tylko jest w Singapurze, udostępnia je podróżnikom. Ma w sobie coś niesamowitego, bije od niego dobroć i bezinteresowność, ogłada. Z drugiej strony dało się wyczuć w nim samotność. Zdecydowanie należał do osób interesujących.

Filipińczyk dał nam kartę dostępu do budynku i podał nam kod do mieszkania, po czym ugościł nas wodą i ciasteczkami. Zaczęliśmy rozmawiać. O nim, o nas, o tym dziwnym państwie-mieście, w którym się znajdowałyśmy.
- Juner, powiedz mi, bo intryguje nas jedna rzecz... Ponoć Singapur jest takim policyjnym krajem, my przez cały dzień nie widziałyśmy radiowozu. O co chodzi? - zapytała w końcu Marta.
- Singapur jest fajnym miejscem. Panuje porządek, jest bezpiecznie, nie ma biedy. Ma to jednak swoją cenę. Żyjąc tu ma się wrażenie funkcjonowania w wielkiej bańce. Jest zbyt idealnie. A co do policjantów.. Wszystko, co się dzieje na ulicach jest nagrywane. Nie biegają po ulicach, bo widzą wszystko na monitoringu. Gdy tylko coś się dzieje, ktoś próbuje coś ukraść, gdzieś się włamać czy namalować coś na ścianie, policja zjawia się w ciągu kilku minut. Tu nikt nawet nie myśli o popełnianiu zbrodni.
- Tego się nie spodziewałam...
- Właśnie. Tak więc nie radzę palić w niedozwolonych miejscach czy rzucać na ziemię śmieci. Za to grozi wam pięćset dolarów grzywny.
- Dzięki za radę...
- Nie ma sprawy. Ja tymczasem idę spać, dziewczęta. Dobranoc. - podsumował Juner, wychodząc z pokoju.

sobota, 11 grudnia 2010

Artystyczny pies

W małej miejscowości Shigito na wyspie Honsiu w Japonii, żył sobie pewien stary człowiek. Był artystą, a przynajmniej za takiego się uważał. Miał też małego, uroczego psa rasy Cocker Spaniel, o imieniu Yuzu. Mało męska rasa, mało męskie imię dla psa, ale człowiek ten nigdy nie był też specjalnie męski. Większość swojego życia przeżył bezrefleksyjnie, ulegając wyłącznie swoim zachciankom, zainteresowaniom i popędom. Z natury był pogodny i lubił towarzystwo, również zwierząt. 

Jednak pierwsze lata, z młodym wtedy jeszcze pieskiem, nie były dla niego łatwe. Starzec lubił go, ale kompletnie nie potrafił się nim zajmować. Nie rozumiał psich zachowań, wykorzystywał to, że szczeniak wykonywał jego rozkazy i spełniał jego prośby. Wyprowadzał go rzadko i zazwyczaj na krótko, kazał też spać w budzie, nawet mimo mrozów na dworze. Miał swojego towarzysza za maskotkę do głaskania i przytulania, ale tylko wtedy, kiedy sam tego potrzebował. Yuzu nie był traktowany najlepiej, mimo swojego przyjacielskiego usposobienia, często było mu źle. Nie można było jednak powiedzieć, że jest nieszczęśliwy. Dla niego starzec był całym światem, i dopóki tylko istniał w jego życiu, czuł się bezpiecznie.

Gdy artysta się złościł, często bił swojego psa. Wtedy ten z podkulonym ogonem uciekał i chował się w rogu. Nigdy jednak nie postawił się Panu, pewnie ze strachu. Pewnego dnia, starzec postanowił wyjechać na wakacje. Okinawa - słońce, plaża, chwila spokoju. Brzmi świetnie. Spakował rzeczy, zakręcił wodę, pogasił światła. Psa zostawił na dziesięć dni samego w ogrodzie. Nasypał mu trochę jedzenia, nalał do miski wodę. Gdyby nie mieszkający po sąsiedzku leśniczy, który podrzucał za płot codziennie trochę jedzenia, Yuzu mógłby tego nie przeżyć.

Osiem dni po wyjeździe artysty, sąsiad postanowił zabrać Yuzu do siebie. Opiekował się nim starannie, dając mu wszystko, czego potrzebował. Wychodzili codziennie na długi spacer po łące, bawili się, zwierzak mógł też spać w ciepłym, miękkim kojcu, usytuowanym wewnątrz domu.

Podczas jednego ze spacerów z leśniczym, pies spotkał swojego swojego Pana. Starzec oburzył się faktem kradzieży swojego pupila, potwierdził, że pozostawienie go na tak długi okres było bezmyślne, obiecując poprawę. Sąsiad zadecydował, że decyzja, w sprawie przyszłości zwierzęcia należy do niego samego. Gdy stanęli w trójkę między dwoma domami, pies się zawahał. Ostatecznie wybrał dom z brudną, zimną budą.

Na początku w zachowaniu Pana dało się dostrzec poprawę. Z czasem jednak zaczął znowu zapominać o tym, że ma psa. Dopiero widok Yuzu entuzjastycznie machającego ogonem na widok leśniczego, doprowadził go do porządku. Coś go tknęło, postanowił się zmienić.

Spaniel był zdrowy, najedzony i wesoły. Dostawał wszystko, czego tylko zapragnął. Pan z czasem zaczął pozwalać mu spać na kanapie, potem nawet ze sobą w łóżku, w nogach. Mówił do niego, poświęcał prawie cały wolny czas. Można powiedzieć, że pod wpływem takiego traktowania, piesek się trochę rozbestwił. Podgryzał kapcie, próbował stawiać na swoim, czasem podczas spacerów uciekał i wracał po kilku dniach. Pan zawsze witał go z uśmiechem na twarzy. Choć w zasadzie ciężko określić, kto w tamtym momencie był Panem.

Artysta często się złościł i obrażał. Piesek jednak wiedział, że zostanie mu przebaczone. Nie widział nic złego w drobnych ucieczkach czy podgryzaniu mebli. Stał się też częstym bywalcem domu leśniczego. Jego właściciel jednak nie odzywał się, cierpliwie czekając, aż psu przejdzie. Nie wiem, czy psu mogło przejść. 

Starzec był zmęczony zachowaniem Yuzu. Poleciał na wakację, kolejny raz na słoneczną Okinawę. Zostawił psa pod opieką przyjaciół. Po dwóch tygodniach wrócił, przyszedł do znajomych. Powiedział im, że kupił nowego psa, gdyż z Yuzu nie może już wytrzymać. Zapytał, czy jego ex-pies może zostać z nimi. Zgodzili się, ciężko było odmówić przygarnięcia tak wdzięcznego zwierzęcia.

Yuzu nie wiedział co się dzieje. Dopiero gdy podczas spaceru dostrzegł swojego Pana w towarzystwie szpetnego, lecz bardzo grzecznego i dobrze wychowywanego sznaucera, zrozumiał co się stało. Było mu ciężko, schudł, nie chciał wychodzić na spacery. Każdy dzień jego "nowego" życia zaczął wyglądać tak samo, nikt nie poświęcał mu czasu, nikt nie był jego właścicielem, ani nie okazywał mu miłości. W końcu postanowił uciec.

Czasem, jak ma się szczęście, można spotkać małego Cocker Spaniela, który przechodzi się uliczkami Shigito lub leży przed swoim byłym domem. Na widok starca podnosi łeb i entuzjastycznie merda ogonem. Ten jednak niewzruszony idzie dalej, a za nim dumnie kroczy jego nowy sznaucer.

niedziela, 5 grudnia 2010

to, co mam

Janina, psycholog, lat 36. Krzysztof, wschodzący psychoanalityk, lat 34. Z połączenia tych dwóch osób powstaje Aleksandra, lat zero. 

Po dwudziestu latach doszło do mnie, że jestem połączeniem moich rodziców. Szokujące odkrycie! Teraz już wiem, że wrzucając do miksera 36letnią Janinę i 34letniego Krzysztofa, dostaniemy Aleksandrę.
Ale dlaczego jestem dziś dziewczyną, mam 167cm wzrostu, kręcone włosy i zielone oczy? W ciągu tej jednej sekundy, wylosowałam (mniej lub bardziej przychylną) przyszłość. 

Że też wcześniej nie pomyślałam, mogłam mieć biust po babci! Nigdy nie miałam farta. Teraz już niestety za późno, muszę zadowalać się tym, co mam. Ewentualnie mogę zaprzyjaźnić się z żelem silikonowym. 

Zastanawia mnie, co jest najdogodniejszym wyjściem - udawanie bycia zadowolonym z czegoś, co nie jest takie, jakie chcemy by było, czy sztuczne go naprawianie? Jako trzecia opcja zostaje nam zawsze szczerość samemu ze sobą i otaczającą nas rzeczywistością, ma to jednak skutki uboczne - uciekających w popłochu innych ludzi.

Udawanie zadowolenia wiąże się z próbą oszukania zarówno samego siebie, jak i słuchacza, że nasze deficyty mają bardzo wiele zalet i zasadniczo cieszymy się, że na przykład, mamy owłosione stopy. 
Sztucznym rozwiązywaniem problemu może być golenie tychże stóp. Wtedy w naszym świecie owe włoski nie istnieją, nawet nie musimy nikomu tego udowadniać, przecież nic nie widać. Lekka wtopa czeka nas jednak, jeśli partner budzący się przy nas rano zauważy bądź poczuje jeża, ale od tego mamy kompleks, by pamiętać o codziennym goleniu. Z drugiej strony nawet goląc je dziesięć razy dziennie, w końcu zorientuje się, że coś z tymi kończynami jest "nie tak". Pozostaje nam więc tylko czekać na tę pełną grozy chwilę.
Oczywiście, nie można zapomnieć o trzeciej opcji i słynnym Wiem jakie to obrzydliwe, tak się tego wstydzę, nie mogę na siebie patrzeć. Pamiętajmy tylko! Kończąc takie zdanie orientujemy się, że nasz współrozmówca poszedł do toalety, lub przytakuje dalej, mimo, że przestaliśmy mówić.

Którą opcję wybrać? Zrobić z siebie wariatkę, paranoiczkę czy ofiarę z tragedii antycznej? Teraz to dopiero mam zagwozdkę. A może tak po prostu... to przyjąć?

wtorek, 30 listopada 2010

żyjąc gdzieś indziej

Kolejny raz obudziły ją Głosy. Leżała, nie potrafiąc ani wstać, ani jakkolwiek się ruszyć. Gdzieś w oddali słyszała, jak rozmawiają, śmieją się, plotkują, dyskutują. Ona słuchała. Taka jest rola, słuchanie i podziwianie. O czasu do czasu wyrażenie aprobaty, gdy już pękają z zachwytu, głównie nad sobą. 

Głosy często ze sobą rozmawiają. Chyba się lubią. Jej jednak nie pytają o zdanie. Nie ma dla niego miejsca w tym innym życiu, gdzieś w innym świecie. 

Ona ma jednak jedną poważną wadę - pragnie poczucia akceptacji. Od Głosów również. Dla nich jednak jest ona tylko przymusowym towarzyszem. Mimo, że żyją już przy niej od dawna, cały czas nie pokazały swojego prawdziwego oblicza. Ona przez to, że nie może ich dostrzec, przez to, że ich nie zna, czuje lęk. Boi się zbliżać, boi się mówić. Unika konfrontacji.

Głosy często żądają i wyrażają dezaprobatę. Obserwują jej życie, zwracając uwagę na błędy, które popełnia. Każą je zmieniać. Kradną jej prywatność, zachowując swoją dla siebie. Pokazują, jakie są ważne, jak nad nią panują. Nie okazują szacunku, obrażając się równocześnie, gdy ona odwzajemnia się tym samym.

Czasem zastanawiam się, czy to ona nie zna Głosów, czy to one nie znają jej. Z samych obserwacji, zwłaszcza prowadzonych wybiórczo, można wyciągnąć omylne wnioski. Zgnieciona jednak ciężarem banicji, nie jest w stanie mówić.

poniedziałek, 29 listopada 2010

Ola, Marta i szok kulturowy.

"Jadąc do Azji pamiętajcie, by nauczyć się idealnie jeść pałeczkami. Jak będziecie potrafić robić to lewą ręką, zyskacie szacunek". Do dziś pamiętam tę kwestię, wypowiedzianą przez mojego wykładowcę z konwersatorium zwanego "Badania terenowe". Azja Południowo-Wschodnia - przecież to dzicz! Jak sobie tam poradzę? Wielkie robaki, komary, temperatura tak wysoka, że aż nie do zniesienia. W dodatku bieda i ludzie jedzący pająki. To dopiero będzie przygoda!

Pierwszy przystanek - Kuala Lumpur, Malezja. Wita mnie średniej wielkości lotnisko, gorące powietrze, w strefie bezcłowej polska wódka oraz kawiarnia Starbucks przy wyjściu. Autobus za 8 ringgitów (ok 7.20zl) w niecałą godzinę dowozi mnie do miasta, a dokładniej do dworca autobusowego KL Sentral. Grupa hindusów czeka i liczy, że naciągnie na "takśi" kilku rozrzutnych białasów. Ja za to postanawiam szukać Anga, Chińczyka, który ma mi zapewnić mieszkanie przez najbliższe dwie noce.

Niełatwo go odszukać. Dworzec jest duży, nie mogło zabraknąć takich rarytasów jak McDonald's, Starbucks czy stoiska z pamiątkami. Ceny mniej więcej takie jak Polsce. Dużo sprzedających malajskich muzułmanek. Czysto, dosyć nowocześnie. Drogowskazy zarówno w języku bahasa melayu, jak i angielskim. 

Po jakimś czasie znajduję naszego miejscowego znajomego. Decydujemy się na to, by pójść na obiad - zaznaczając przy okazji - TANI. Chińczyk prowadzi w kierunku dzielnicy Little India. Miejsce nie wygląda najschludniej, stoją plastikowe stoły i krzesła, szef-hindus giba się przy półce, na której stoją różne potrawy. My wybieramy, co i w jakich ilościach zamówimy, właściciel podaje cenę, ale (co dziwne) dopiero po tym, jak skończymy jeść. Kurczak curry wygląda najbardziej swojsko. Na stołach w kubkach leżą sztućce i pałeczki, do wyboru. Wybieram widelec.

Myślałam, że lubię ostre jedzenie. Teraz już wiem, że nigdy nie zdawałam sobie sprawy, co znaczy słowo ostre. Razem z colą, ciastkiem z wiórków kokosowych i dwoma bananami (wynik rozpaczliwej próby zneutralizowania uczucia pożaru w ustach) wychodzi 10 ringgitów (ok. 9zl). Nasz chiński przewodnik twierdzi, że to dobra cena. 

Czas odłożyć bagaże - jedziemy do domu. Ang zawozi mnie i moje dwie koleżanki do swojego mieszkania, znajdującego się gdzieś pod centrum. Po drodze opowiada o swoim kraju, o Malezji. O królu-muzułmaninie, o tym, że każdy ma samochód, o taniej benzynie i swoim przywiązaniu do tego miejsca. Nie jest fanem Kuala Lumpur, poleca nam za to malajskie plaże i małe miejscowości - sam pochodzi z jednej z nich, przyjechał do KL na studia prawnicze. 

Mieszkanie Anga znajdowało się na typowym blokowisku, przypominającym mi trochę warszawski Służew. Po klatce schodowej biegały hinduskie dzieci, w oknach nie było szyb. W tak ciepłym kraju nie musi ich być. Przed drzwiami do mieszkania krata z kłódką i miejsce na zostawienie butów. W środku panuje studencki klimat - niepozmywane naczynia, włączony telewizor, kilka laptopów, walające się po podłodze ubrania, materac zamiast łóżka. W takich warunkach żyje 90% studentów w Polsce. Szczupła Chinka w szortach wita nas i oferuje malajskie owoce. Wyzwaniem jest spuszczanie wody w toalecie za pomocą wiaderka i prysznic, który ma tyle przycisków, że nie wiadomo, jak i gdzie go włączyć.

Razem z Martą, moją przyjaciółką, udałyśmy się na poszukiwanie miejsca, w którym można by kupić papierosy. Chodząc po okolicy, odkryłyśmy osiedlowy sklep. Zdecydowałyśmy się na L&My i Marlboro mentholowe oraz maślane bułeczki. Skierowałyśmy się w kierunku placu zabaw. Pamiętam to okrutne wrażenie papierosów smakujących wspominanym wcześniej kurczakiem curry. Siedząc na huśtawkach, rozmawiałyśmy.
"- Wiesz co, Marta? Powiem Ci szczerze, że jakoś nie czuję żadnego szoku kulturowego.
- Szczerze mówiąc, ja też nie."

piątek, 26 listopada 2010

le tentation

Ile siły potrzebuje człowiek, by móc walczyć samemu ze sobą! Oscar Wilde pisał potrafię znieść wszystko, oprócz pokusy. Ile racji miał w tym krótkim i dosadnym zdaniu.

Czym jest życie, jak nie drogą pełną pokus. Jednak one same w sobie to nie tylko złe moce. To pokusy sprawiają, że powstaje moment, w którym trzeba się zatrzymać i coś przemyśleć. Pojawia się moment decyzji. A także chwila, która udowadnia nam, kto nad nami panuje - człowiek, czy zwierzę. Ale czy to nie to samo? Człowiek to zwierzę, lecz zwierzęciem niekoniecznie musi być człowiek. Tylko które zwierzę nad nami panuje w momencie, gdy się skusimy? 

Do ludzi należy siła decyzji. To oni mają wolną wolę, to oni zawsze mają inne wyjście. Na tym polega ich moc i wyjątkowość. "I nie wódź nas na pokuszenie!" wołają chrześcijanie do Boga w Modlitwie Pańskiej. Dlaczego? Bo zobaczysz, jak słabi jesteśmy? Przecież powtarzamy to na każdym kroku. Doskonale o tym wiesz. W oczach Najwyższego chcemy być grzecznymi owieczkami, a nie grzecznymi ludźmi. Prosimy, by nasze życie było sielankowe i urocze. Czy stwierdzenie "Boże, jeśli tego pragniesz, wystawiaj mnie na próbę czy pokuszenie. Kocham Cię i zrobię wszystko co w mojej mocy, by przetrwać w Twoje imię" byłoby zbyt dużą pychą?

Pokonanie pokusy sprawia, że stajemy się silniejszymi ludźmi. To niesamowite, jeśli potrafimy znaleźć wartość wyższą, niż własne pragnienie. Zastanawia mnie tylko, czy jest to możliwe bez treningu. W życiu uczymy się wielu rzeczy, należy do nich również podejmowanie słusznych decyzji. Dlatego ważne jest, by potrafić przebaczyć i dać kolejną szansę. 

Każdy ulega pragnieniom, wszyscy pragniemy swojego szczęścia. Ważne jest jednak, by potrafić rozróżnić, co poprowadzi nas ku szczęściu, a co wręcz przeciwnie.

czwartek, 25 listopada 2010

Niczego nie żałuję?

Zrobiłam w życiu bardzo wiele nieprzemyślanych (bezmyślnych wręcz!) rzeczy. Prowadziły one do niepożądanych skutków i niechcianego obrotu spraw, a co się z tym łączy, niepotrzebnego ciężaru, kolejnego bardziej lub mniej ciężkiego woreczka, który zapewne będę dźwigać do końca mojego życia. Poczucie winy pojawiało się i znikało, w zależności od tego, czy było mi potrzebne do tego, by czuć się ze sobą dobrze. Jako dobry, cnotliwy człowiek (którym oczywiście jestem), nie mogłam zapomnieć o rozważaniu nad celem czy sensem moich poczynań, wstępnych wnioskach i oczywiście - myśli nad konsekwencjami, które (o dziwo!) zazwyczaj najbardziej bolą w takich sytuacjach. Czy jednak można powiedzieć, że tego żałowałam?

Ostatnio bardzo często słyszy się o  tym, jak to wszystkie Twoje uczynki, zarówno dobre jak i złe, nie zasługują na to, by ich żałować, gdyż ukształtowały Cię na człowieka, którym jesteś w tym momencie. Gdyby nie to, co zrobiłeś wtedy, możliwe, że teraz byłbyś kimś innym, w zupełnie innej sytuacji życiowej. Ciesz się życiem, jest tylko jedno, co się stało, to się nie odstanie! Zrobiłeś krzywdę dziecku? Partnerowi? Przyjacielowi? Komuś obcemu? Sobie? Teraz to należy już do przeszłości, "przepraszam" niczego nie zmieni, ma czysto kurtuazyjną funkcję, a to, że się obwiniasz i żałujesz, tylko źle wpływa na Twoje samopoczucie i kondycję psychiczną.

Ludzie żyjący tym przekonaniem często myślą, iż tak, zrobili dużo nieprzemyślanych rzeczy, ale uczucie, jakim jest żałowanie czegoś, wydaje się absolutnie zbędne. Poniża. Na pytanie Żałujesz? odpowiadają Ciężko powiedzieć, to było głupie, trochę mi źle ze względu na x, ale nie żałuję, to było całkiem ciekawe doświadczenie. Nie chcą żałować, wypierają to, a potem zazwyczaj powtarzają błędy, obciążają się coraz bardziej, aż w końcu załamani kończą na dywaniku u terapeuty. Motywacją ich działań najczęściej był egoizm, chęć przeżycia chwili przyjemności, unikanie obowiązków. Mimo tego, oni wcale nie żałują. Powiedzą - to było głupie. I koniec. Ten łańcuszek refleksja -> wnioski -> myśl nad konsekwencjami, urywa się w miejscu wniosków. Gorzej, gdy konsekwencje same znajdą Ciebie. Jak coś zniszczysz, doprowadzisz do czyjegoś samobójstwa, zajdziesz w ciążę, wyrzucą cię z uczelni, zostawi cię ukochany człowiek, ktoś się na Ciebie śmiertelnie obrazi. Koncepcja "niczego nie żałuję" umiera, gdy dotkną nas poważne konsekwencje i zorientujemy się, że musimy budować życie od nowa. Wtedy zadajemy sobie pytanie Ale czy ja naprawdę cieszę się z tego, kim teraz jestem i w jakiej jestem sytuacji?. Co zabawne, nawet zdając sobie z tego sprawę, dalej nie żałujemy. Nauka z cudzych przeżyć wydaje się  być mimo wszystko zbyt trudna.

Abstrahując od żałowania swoich haniebnych dokonań - najzabawniejsze jest to, że "po fakcie" ludzie często zaczynają żałować nawet, gdy krzywda, która ich dotyka, nie była ich winą. Umiera ktoś bliski - mogłem temu zapobiec, przyjaciel trafia do szpitala - gdybym wtedy z nim był, to by się nie stało (albo to mnie by się to stało), gdybym była wtedy z nim, gdybym była lepszą dziewczyną, nie zdradziłby mnie. W takich momentach stajemy się SuperManami, bohaterami, którzy wszystko potrafią. Od nas zależały losy tego świata. My? Bezsilni? Nigdy. Po prostu popełniliśmy błąd w założeniach. To nasza wina.
W drugim przypadku po tragedii stajemy się największymi ofiarami. Nic nie mogłem zrobić. Nie mam szczęścia w życiu. Kolejny raz mnie zdradził, tępy skurwiel. Jestem taka bezsilna. Nie potrafię już dłużej żyć. Bóg nie istnieje. 

Osobiście uważam, że oba przypadki są równie absurdalne. Gdyby nie to, że człowiek patrzy na wydarzenia z perspektywy "Ja", takie myśli nie miałyby miejsca. Pojawiłby się, w swojej czystej, szczerej postaci, smutek. Ten, który trzeba przeżyć, by potem stanąć na nogi. Dzisiejszy, albo może człowiek po prostu, bez względu na czas, nie posiada tej  ważnej, czystej i najbardziej pożądanej w nim cechy - pokory. Woli udawać, że jest silny, lub że jest taki biedny, słaby, potrzebujący wsparcia i pomocy. Nie potrafi sam przeżyć swoich smutków, sięga albo po swoją nieistniejącą silną dłoń, albo po dłoń swego przyjaciela. Nie potrafi się szczerze poddać. Przyznać do przegranej i z podniesioną głową iść dalej. A bez tego życie jest dużo trudniejsze.