poniedziałek, 29 listopada 2010

Ola, Marta i szok kulturowy.

"Jadąc do Azji pamiętajcie, by nauczyć się idealnie jeść pałeczkami. Jak będziecie potrafić robić to lewą ręką, zyskacie szacunek". Do dziś pamiętam tę kwestię, wypowiedzianą przez mojego wykładowcę z konwersatorium zwanego "Badania terenowe". Azja Południowo-Wschodnia - przecież to dzicz! Jak sobie tam poradzę? Wielkie robaki, komary, temperatura tak wysoka, że aż nie do zniesienia. W dodatku bieda i ludzie jedzący pająki. To dopiero będzie przygoda!

Pierwszy przystanek - Kuala Lumpur, Malezja. Wita mnie średniej wielkości lotnisko, gorące powietrze, w strefie bezcłowej polska wódka oraz kawiarnia Starbucks przy wyjściu. Autobus za 8 ringgitów (ok 7.20zl) w niecałą godzinę dowozi mnie do miasta, a dokładniej do dworca autobusowego KL Sentral. Grupa hindusów czeka i liczy, że naciągnie na "takśi" kilku rozrzutnych białasów. Ja za to postanawiam szukać Anga, Chińczyka, który ma mi zapewnić mieszkanie przez najbliższe dwie noce.

Niełatwo go odszukać. Dworzec jest duży, nie mogło zabraknąć takich rarytasów jak McDonald's, Starbucks czy stoiska z pamiątkami. Ceny mniej więcej takie jak Polsce. Dużo sprzedających malajskich muzułmanek. Czysto, dosyć nowocześnie. Drogowskazy zarówno w języku bahasa melayu, jak i angielskim. 

Po jakimś czasie znajduję naszego miejscowego znajomego. Decydujemy się na to, by pójść na obiad - zaznaczając przy okazji - TANI. Chińczyk prowadzi w kierunku dzielnicy Little India. Miejsce nie wygląda najschludniej, stoją plastikowe stoły i krzesła, szef-hindus giba się przy półce, na której stoją różne potrawy. My wybieramy, co i w jakich ilościach zamówimy, właściciel podaje cenę, ale (co dziwne) dopiero po tym, jak skończymy jeść. Kurczak curry wygląda najbardziej swojsko. Na stołach w kubkach leżą sztućce i pałeczki, do wyboru. Wybieram widelec.

Myślałam, że lubię ostre jedzenie. Teraz już wiem, że nigdy nie zdawałam sobie sprawy, co znaczy słowo ostre. Razem z colą, ciastkiem z wiórków kokosowych i dwoma bananami (wynik rozpaczliwej próby zneutralizowania uczucia pożaru w ustach) wychodzi 10 ringgitów (ok. 9zl). Nasz chiński przewodnik twierdzi, że to dobra cena. 

Czas odłożyć bagaże - jedziemy do domu. Ang zawozi mnie i moje dwie koleżanki do swojego mieszkania, znajdującego się gdzieś pod centrum. Po drodze opowiada o swoim kraju, o Malezji. O królu-muzułmaninie, o tym, że każdy ma samochód, o taniej benzynie i swoim przywiązaniu do tego miejsca. Nie jest fanem Kuala Lumpur, poleca nam za to malajskie plaże i małe miejscowości - sam pochodzi z jednej z nich, przyjechał do KL na studia prawnicze. 

Mieszkanie Anga znajdowało się na typowym blokowisku, przypominającym mi trochę warszawski Służew. Po klatce schodowej biegały hinduskie dzieci, w oknach nie było szyb. W tak ciepłym kraju nie musi ich być. Przed drzwiami do mieszkania krata z kłódką i miejsce na zostawienie butów. W środku panuje studencki klimat - niepozmywane naczynia, włączony telewizor, kilka laptopów, walające się po podłodze ubrania, materac zamiast łóżka. W takich warunkach żyje 90% studentów w Polsce. Szczupła Chinka w szortach wita nas i oferuje malajskie owoce. Wyzwaniem jest spuszczanie wody w toalecie za pomocą wiaderka i prysznic, który ma tyle przycisków, że nie wiadomo, jak i gdzie go włączyć.

Razem z Martą, moją przyjaciółką, udałyśmy się na poszukiwanie miejsca, w którym można by kupić papierosy. Chodząc po okolicy, odkryłyśmy osiedlowy sklep. Zdecydowałyśmy się na L&My i Marlboro mentholowe oraz maślane bułeczki. Skierowałyśmy się w kierunku placu zabaw. Pamiętam to okrutne wrażenie papierosów smakujących wspominanym wcześniej kurczakiem curry. Siedząc na huśtawkach, rozmawiałyśmy.
"- Wiesz co, Marta? Powiem Ci szczerze, że jakoś nie czuję żadnego szoku kulturowego.
- Szczerze mówiąc, ja też nie."

1 komentarz: