Przez całe życie myślałam, że nie lubię kobiet. W końcu do mnie doszło - to nie tak! Mężczyzn dotyczy to w tym samym stopniu. Ja po prostu nie lubię ludzi.
Kobiety są takie bezradne! To wieczne ofiary - losu lub tyranii mężczyzn, w zależności od tego, co pasuje w danym momencie. Nie wiedzą czego chcą, nie potrafią podjąć żadnej decyzji, a słowo konkret nie istnieje w ich słowniku. Dodatkowo specjalnie robią z siebie kretynki, by to podkreślać. Prezentują swoją dezaprobatę ostentacyjnym obrażeniem się, jakby kogokolwiek obchodziło, co one mają w danej sprawie do powiedzenia. A jeśli nikt nie zasłuży na focha, to i tak nie dowie się, co myślą - i to nie przez ich nieśmiałość, a w ramach kokieterii. Kobiety intrygują, chcąc zwrócić na siebie uwagę lub osiągnąć cel. A jeśli się nie uda, wypierają się odpowiedzialności. A co najgorsze, wcale nie chcą nad sobą pracować i tego zmieniać.
Muszę jednak przyznać, że to one właśnie mają te cechy, z którymi lubię obcować - są ładne i urocze. Jak małe puchate kotki. Niestety, kotki mają o tyle przewagę, że nie wymagam od nich posiadania mózgu. Może od kobiet też nie powinnam?
Mężczyźni z kolei to wieczni hipokryci, nieustannie próbujący wykazać się swoją siłą, inteligencją czy humorem. Każde wypowiedziane przez nich słowo trzeba przepuścić przez filtr próżności. Znajdując się w grupie, ich samcze gadki doprowadzają słuchaczy do całej gamy pozytywnych reakcji - od kpiny, przez zażenowanie, aż do odruchów wymiotnych. Widzą się jako honorowych i dotrzymujących słowa, w rzeczywistości nie wiedząc nawet, kiedy powinni się owymi cechami wykazać. Promują się jako prostych w obsłudze, nie wiedząc samemu, czego naprawdę chcą. Jest w tym jednak element prawdy. Receptą na samca jest choćby delikatne połechtanie jego niemieszczącego się w żadnej przestrzeni ego. Istne remedium! Kawałek soczystego schabu jest mniej kuszący dla psa, niż dla mężczyzny pierwsza lepsza łatwa kobieta.
Na dodatek nie bez powodu określa się mianem "płeć piękna" płeć przeciwną. Nie dość, że przeciętnego faceta nie da się słuchać, to jeszcze nie ma na co patrzeć.
Istnieją jednak wyjątki, i to w obydwu grupach. Jedna kobieta na milion ma w sobie te elementy błyskotliwości, niezależności i zaradności, tak jak ego jednego mężczyzny na milion jest się w stanie zmieścić w moim mieszkaniu, a on sam potrafi się oprzeć nagiemu, kobiecemu ramieniu.
Przyjaźń między kobietami jest trudna, jednak czasem spotkają się dwie z tych jednych na milion. To, że mnie to spotkało, uważam za jeden z największych życiowych sukcesów. Może nie powinnam oczekiwać niczego więcej. Ale jestem istotą rasy żeńskiej, orientacji heteroseksualnej. I naprawdę wierzę, że kiedyś uda mi się chociaż poznać tego jednego na milion, samotnego mężczyznę. Zawsze byłam naiwna.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz