- Lola! Gaś tego szluga, jesteśmy w Singapurze, dostaniesz za to pięćdziesiąt batów kary!
- To by było całkiem ciekawe doświadczenie. Uderzył cię ktoś kiedyś batem?
- Dlaczego nie dziwi mnie, że to powiedziałaś...
- Daj spokój Baster, jesteśmy w malajskim pociągu, w środku singapurskiej dżungli... - wymamrotałam, stojąc przy otwartych drzwiach pędzącego pociągu, delektując się ciepłym powiewem wiatru. Jestem przy równiku, jest idealnie.
- Widzisz tu jakiś brzydki albo stary dom?
- Hmm... trzeba się przyjrzeć. O, tam jest jeden!
- To nie dom, to jakaś zabita dechami szopa.
- Wychodzi na jedno. Jest jeden zniszczony budynek. Jeden zero dla nas.
- To niesamowite, tu naprawdę nie ma brzydkich domów.
Dworzec kolejowy. Zwyczajny, ale czysty. Wymieniamy pieniądze. Ładne, kolorowe - różowe, niebieskie, zielone... z przeźroczystą plastikową "szybką". Urocze. Singapurskie dolary, brzmi dumnie.
Trzeba się dostać do centrum. Ale są priorytety... gdzie tu można coś zjeść?
Krocząc pięknymi uliczkami, po których równie dobrze można byłoby się przechadzać boso, możemy podziwiać wszechobecne flagi Republiki Singapuru. Chyba trafiliśmy na kolejne święto niepodległości. Akompaniują nam śliczne trawniczki, fontanny, ładne samochody. Panuje podobny klimat jak w Monako. Uparcie staram się znaleźć na chodniku jakiegoś niedopałka, bez skutku. Obejrzałam się dookoła, na jakimś niskim budynku widnieją chińskie znaki. O, ten znam!
- Restauracja! Znak na jedzenie!
- Faktycznie, wchodzimy!
W knajpie panował swojski klimat. Nie było ani nowocześnie, ani szczególnie schludnie. Plastikowe, czerwone krzesełka, kilka okienek kilku różnych chińskich knajpek. Niektóre dopiero się otwierały, było około dziesiątej. Przy stoliku obok jakiś ptak dojadał niedokończoną przez kogoś zupę. Mało singapursko.
- Jesteśmy w China Town! - powiedział z dumą lider naszej grupy, Mateusz, po zapoznaniu się z mapą załączoną w przewodniku Lonely Planet.
- Dlaczego mnie to nie dziwi... Widzę, że nawet w singapurskim China Town panuje syf. Idę kupić papierosy. - powiedziałam, kierując się do najbliższego otwartego okienka. Dziewięć i pół SGD za paczkę mentholowych Marlboro. Wtedy niecałe trzydzieści złotych. Aleksandro, jesteś w bogatym kraju, który nie lubi palaczy. Biorę, najwyżej będę głodować pod koniec wyjazdu. Jako śniadanie zamawiam arbuza, wygląda najbardziej znośnie. Niestety nie skusiłam się na rosół z rybimi jajami. Dziwne.
Byłam jedynym ekscentrykiem w naszej niewielkiej grupce, reszta zajadała się orientalnymi przysmakami, udając, że im smakują. W końcu chcemy się asymilować, jesteśmy tolerancyjni i ciekawi świata. W takich momentach trzeba na chwilę zapomnieć o tym, że jesteśmy białasami.
Patrzę naokoło, przy stolikach obok wszyscy Chińczycy palą. Zapalić, nie zapalić, zapalić, nie zapalić. Odpalam pierwszego Marlboro. Przez chwilę poczułam się jak mały palacz-przestępca z czasów gimnazjum. Całkiem ekscytujące, ale nie mam już za bardzo siły na takie zabawy. Trzeba się dowiedzieć o co z tym wszystkim chodzi. Nikt jednak nie mówi po angielsku.
Idę ulicą, patrzę na kolorowe Cheong-sam na wystawie. Podbiega Baster z Martą.
- Już wiemy! Jesteśmy w China Town, więc tutaj trochę olewają sobie prawo. Ale ponoć dotyczy to tylko miejscowych. Jak policjanci przyłapią turystę lub białego palącego w knajpie, dostaje mandat - 150 dolarów.
- Rasizm... no dobrze. Czyli my nigdzie nie możemy palić?
- Możemy, przy śmietnikach oznaczonych "SMOKING AREA".
- Gdzie jest najbliższy?
- Na rogu.
Na szczęście takowy śmietnik znajduje się na prawie każdym rogu, a w centrum gromadzi się przy nich wielka grupa pracujących w biurowcach białasów i skośnych. Zabawny widok.
Obserwacja nr 1 - w Singapurze jest wielu ładnych ludzi. Razem z Martą postanawiamy liczyć grube Chinki. Ciężkie zadanie. Po trzech dniach jest 3 do 2 dla Marty. Nigdy nie byłam w to dobra.
Obserwacja nr 2 - nie ma tu policjantów. Dziwne, ale nie narzekam.
Obserwacja nr 3 - ale tu jest ładnie. Dużo (jednak nie za dużo) ozdób, czysto, nowocześnie, zielono.
Kierujemy się do Muzeum Azji i Pacyfiku. Muszę przyznać, jedno z najfajniejszych w jakich byłam w życiu. Nawet mi się podobało, co się raczej nie zdarza. Na dole spotykam znudzoną Martę. Postanawiamy wyjść na świeże powietrze. Zagaduje nas rykszarz-bej, jeżdżąc swoim dziwnym pojazdem wokół nas. Oczywiście myli Poland z Holland, wykrzykując, jak świetnie graliśmy na tegorocznym Mundialu i jak nam kibicował. Grzecznie dziękujemy i idziemy dalej. Przed muzeum stoi Pan sprzedający lody... w różowym, słodkim chlebie. Dwa sing-dolce, nie ograniczamy się. Wybieram smak mango. O dziwo, to było smaczne. Naprawdę!
W końcu reszta grupy opuściła muzeum. Postanawiamy, że trzeba znowu coś zjeść. Idziemy do pierwszego lepszego baru w centrum, który nie zabije nas swoimi cenami. W końcu chwila odpoczynku, nie trzeba łazić z tymi wielkimi plecakami! Mój filet z kurczaka był niedosmażony ("Czego się spodziewałaś? Jesteś w Azji..."), albo mówiąc inaczej, w połowie surowy, ale byłam zbyt zmęczona by narzekać. Zostawiłam prawie cały obiad nieruszony i wkurwiona na tę połowę świata, tęskniłam za porannym arbuzem. Krótka gadka-szmatka z moimi znajomymi na temat mojej wybredności doprowadziła do tego, że przeszłam się do najbliższego śmietnika-popielniczki. Ah, towarzystwo papierosów zawsze było mi drogie. W końcu chwila samotności, z dala od objaśniania planów na najbliższe pięć minut lub bezsensownych dyskusji na temat surowego mięsa. Konkluzja śmierdzącej przerwy: jestem aspołeczna. Cóż, zdarza się.
Rozdzielamy się. Z Martą mamy spać u nieznanego nam jeszcze Filipińczyka. Spotkanie ustalone jest w jednym z centrów handlowych dzielnicy Little India (kolejna dzielnica wiecznego syfu, niezależnie od kraju, w którym się znajduje). Po półtorej godzinnej tułaczce po tym urokliwym państwie-mieście udało nam się trafić. Nasz ratunek na dzisiejszą noc stał i czekał na nas przed kawiarnią Coffee Bean. W końcu się gdzieś rozłożymy!
Juner był trzydziestosiedmioletnim, niskim, kulejącym Filipińczykiem, pracującym dla NGO. Nie myślałam, że okaże się być tak ciekawym człowiekiem. Wyprowadził nas z City Square Mall. Po przejściu przez małą uliczkę, powiedział, że jesteśmy na miejscu. Przed nami stały dwa wielkie, przeszklone apartamentowce, otoczone basenem, jacuzzi i krytą siłownią. By dostać się do środka, trzeba było otworzyć kilka bram z czytnikami kart magnetycznych i wjechać na dwudzieste piętro. Mieszkanie było również zabezpieczone na kartę i kod. Jak my tu wrócimy same, nie mam pojęcia.
Apartament wyglądał jak hotel. Wszystkie rzeczy idealnie czyste, sprawiające wrażenie nowych. Plazma na ścianie, piękna łazienka, nowoczesna kuchnia. Boję się czegokolwiek dotknąć, ale jestem zachwycona. Całe życie miałam słabość do ładnych i nowych rzeczy, tak już mam. Singapurze, kocham Cię.
Juner zaczyna nam opowiadać o sobie. Kiedyś był dziennikarzem na Filipinach. Niestety niepoprawne politycznie artykuły sprawiły, że musiał zrezygnować z zawodu. Wstąpił do NGO i pomagał filipińskim rybakom. Mieszkał w Afganistanie, Amsterdamie, na Sri Lance, teraz w Singapurze. Zajmuje się programem matury IB na świecie, szkoleniem nauczycieli. W ojczyźnie nie był od 12 lat. Rodziny brak. Mieszkanie utrzymuje mu firma. Mówi, że gdy tylko jest w Singapurze, udostępnia je podróżnikom. Ma w sobie coś niesamowitego, bije od niego dobroć i bezinteresowność, ogłada. Z drugiej strony dało się wyczuć w nim samotność. Zdecydowanie należał do osób interesujących.
Filipińczyk dał nam kartę dostępu do budynku i podał nam kod do mieszkania, po czym ugościł nas wodą i ciasteczkami. Zaczęliśmy rozmawiać. O nim, o nas, o tym dziwnym państwie-mieście, w którym się znajdowałyśmy.
- Juner, powiedz mi, bo intryguje nas jedna rzecz... Ponoć Singapur jest takim policyjnym krajem, my przez cały dzień nie widziałyśmy radiowozu. O co chodzi? - zapytała w końcu Marta.
- Singapur jest fajnym miejscem. Panuje porządek, jest bezpiecznie, nie ma biedy. Ma to jednak swoją cenę. Żyjąc tu ma się wrażenie funkcjonowania w wielkiej bańce. Jest zbyt idealnie. A co do policjantów.. Wszystko, co się dzieje na ulicach jest nagrywane. Nie biegają po ulicach, bo widzą wszystko na monitoringu. Gdy tylko coś się dzieje, ktoś próbuje coś ukraść, gdzieś się włamać czy namalować coś na ścianie, policja zjawia się w ciągu kilku minut. Tu nikt nawet nie myśli o popełnianiu zbrodni.
- Tego się nie spodziewałam...
- Właśnie. Tak więc nie radzę palić w niedozwolonych miejscach czy rzucać na ziemię śmieci. Za to grozi wam pięćset dolarów grzywny.
- Dzięki za radę...
- Nie ma sprawy. Ja tymczasem idę spać, dziewczęta. Dobranoc. - podsumował Juner, wychodząc z pokoju.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz