sobota, 19 marca 2011

zło

Wkurw. Złość. Irytacja. Wkurw. Złość. Złość. ZŁOŚĆ. Zawód.
Uwielbiam to. Wprost uwielbiam!

Te jakże urokliwe, nieuzasadnione uczucia, kłębiące się w mojej usranej myślami głowie.
Błąd! Błąd! Błąd!
Kolejny błąd, popełniany przeze mnie, co najgorsze, z pełną świadomością. No, może prawie pełną, ale jednak.
Jaki to trzeba mieć talent do wplątywania się w niezręczne sytuacje! To niesamowite, że moje zdolności ujawniają się w tak idiotycznych kwestiach. Kolejny raz nie jestem z siebie dumna, oj nie jestem!

Czy naprawdę walka ze sobą musi być taka ciężka? Czy naprawdę nie mogę mieć naturalnych, dobrych odruchów? Po co ta wieczna sprzeczność..

To trudne, że nie potrafię słuchać już samej siebie. Mam ochotę zapaść się pod ziemię, zakopać i nigdy stamtąd nie wrócić. Życie w formie prochu byłoby dużo mniej uciążliwe.

Po co to wszystko?

wtorek, 22 lutego 2011

request

Drogi Stwórco (pod którąkolwiek postacią byś nie był - byle wszechmogącą) !

Zwracam się do Ciebie z prośbą. Mianowicie, chcę z powrotem moje włosy. Oj nie, ja nie chce. Ja nawet nie pragnę. Ja żądam. Żądam zwrócenia mi mojej własności, która została mi bezprawnie odebrana i to z chuj-wiadomo-jakiego powodu. A należą mi się, jako zdrowej, dwudziestoletniej kobiecie. Nie mam raka, grzybicy skóry czy stu lat. Mam dosyć słuchania psychologicznych natchnionych bujd czy pierdolizy genetyków. Prawdą jest, że jako młoda laska - i to w stanie praktycznie idealnym - muszę znosić częściowy (ale znaczny) ubytek włosia na mojej pięknej, zgrabnej głowie, z czym czuję się niekomfortowo. To już nie jest wstyd, smutek czy rozpacz. To jest złość. Wkurwienie. Irytacja. Czekam i czekam, aż te pieprzone włosy zechcą wrócić na swoje miejsce. I tylko patrzę, jak pojawia się kolejny nawrót, ewentualnie chwilowa, częściowa poprawa stanu "zdrowia".

Za co ja, do kurwy nędzy, pokutuję? Co to ma mi dać, oprócz świadomości, że nie mogę ubrać się elegancko czy iść do normalnej pracy? Świetnie, naprawdę jest to zajebiście zabawne, że kobieta musi dziesięć razy więcej myśleć o swoim wyglądzie i mocno się malować, żeby w turbanie nie wyglądała jak po ostrej kuracji interferonem. Uwielbiam to, gdy ludzie chwalą mój styl ubierania jako interesujący czy egzotyczny, bo jeśli tylko bym mogła, ubrałabym t-shirt, dżinsy i adidasy, gdyż w tym czuję się najlepiej. Bardzo przyjemny jest fakt, że nie mogę normalnie pograć w tenisa czy kosza, bo konstrukcja na mojej głowie zaraz się rozpierdoli. Jestem naprawdę wdzięczna za te chwile cierpienia, w końcu było mi to najwyraźniej bardzo potrzebne.

Muszę przyznać, że z pewnością ta "choroba" miała jakieś plusy. Cieszę się z tego, kim teraz jestem, a bez niej wszystko wyglądałoby inaczej. Nie mniej jednak, trzy lata to już dużo i naprawdę chcę wrócić do normalności. Poza tym - nic nie wynagrodzi mi cierpienia, które musiałam znosić, tracąc włosy, które jak wiesz, są dla mnie podstawowym kryterium przy ocenie czyjegokolwiek wyglądu. Pogodziłam się z tym i nie wymagam cudów. To tylko powrót do normy. Zapomnę i wybaczę ten wybryk.

Odkąd byłam mała, miałam ewidentnego fioła na punkcie włosów i chciałam być fryzjerką. Na samą ich pielęgnację wydawałam ok. 150 zł miesięcznie. Dbałam o nie, jak o nic innego. I nagle, ni z gruchy, ni z pietruchy, muszę oglądać, jak pływają w mojej herbacie, zupie czy wciskają się między klawisze komputera. Z założenia włosy nie mają pływać w herbacie. Mają być na głowie. Mają upiększać ludzi i chronić ich przed zimnem. A nie atakować mnie z każdej strony i pokazywać jak przyjemnie się ode mnie ucieka. To już pokazują mi ludzie i moje ciało nie musi zadawać sobie tego trudu, by uświadamiać mnie o tym na każdym kroku.

Składam więc tę prośbę w formie pisemnej, wirtualnej, gdyż w żadnej innej (jak na razie) nie zostałam wysłuchana, a naprawdę mi na tym zależy. Nie chcę akceptować takiego stanu rzeczy, gdyż nie uważam go za konieczny i nieuleczalny. Bardzo proszę o ruszenie dupy i zrobienie czegoś z tym fantem.
Dziękuję,
Aleksandra

niedziela, 13 lutego 2011

kac-monolog Pauliny Sz.

O Boże! Moja głowa. Gdzie ja jestem? Łóżko. Moje. Sama. Jest dobrze. Chwila, chwila... co się wczoraj działo? A, domówka u Krystiana. Tak, już pamiętam. O, i ten fajny blondyn. Tak, już pamiętam. A gdzie się podziała Julia i Michał? Zniknęli gdzieś koło trzeciej, nie ogarnęłam nawet co, gdzie i kiedy. O nie, teraz mi się przypomniało. Jak się nazywał ten koleś... Spędziłam z nim prawie cały wieczór. Nie powiem noc, bo to zabrzmi źle. Choć w zasadzie powinno tak zabrzmieć. Nie ważne, jak on się nazywał? Aa, Kamil. Tak, Kamil z socjologii UJ. Skąd on był... Opole? Jakieś te dalekośląskie rejony, i tak tam nigdy nie byłam. Zresztą, kogo to obchodzi.
Która jest godzina? 16:20. Świetnie. Kolejny raz budzę się, gdy słońce postanowiło zajść. Chyba dalej jestem pijana. Oj, chyba na pewno. Dobra, kierunek łazienka.
Lekko chwiejny krok i równie lekkie mdłości. Bywało gorzej. Umyję zęby, zjem coś i wszystko wróci do normy.
Kanapki z serem. Nawet nie chce mi się jeść. Ale powinnam, będzie mi lepiej. I herbatka. Oj, pragnę herbatki.
Dobra, czas poprzypominać sobie wczorajsze losy... Boże, co ja wczoraj odwaliłam! W ogóle skąd ten Kamil się tam wziął. Dobrze, że nikt tego nie widział. Przynajmniej mam taką nadzieję. A nie, Blondyn to widział. Ale tego już pewnie więcej nie zobaczę. Ale i tak był fajny. No cóż, nawet jak go zobaczę, to po wczoraj mogę się z nim pożegnać.
Kolejny facet nawet nie wziął ode mnie numeru. Mógł to zrobić z czystej kurtuazji. I tak bym z nim nic nie chciała. Ale to i tak jest smutne. Tak, to zdecydowanie jest smutne. Z drugiej strony na samo wspomnienie nie potrafi mi zejść uśmiech z twarzy. To było zabawne. I nawet fajne. Ale i tak mógł wziąć ten numer, czułabym się ze sobą lepiej. Choć pewnie gdybym się z nim spotkała na trzeźwo to byłoby mi głupio. O, to na pewno.
Papieros. Czy już czas na papierosa? Czy będzie mi po nim niedobrze? Nie, chyba kryzys został już zażegnany. Zapalić? Pieprzę to, pale. Gdzie są moje papierosy... Kurtka.
O nie, znowu cała ujebana. Co to za biała smuga? Tynk? Skąd to? A, już wiem, ściana. Dobra, pamiętam.
Dobra, czas na Facebook'a. Co nowego na ścianie... O, fajna piosenka. Lubię to. Ooo Maja Krasik coś lubi..."dążenie po perfekcyjnej obojętności". O tak, tu też zdecydowanie trzeba wcisnąć "Like it". Perfecyjna obojętność. Tak, to jest to, do czego z coraz lepszym skutkiem dążę.
Nic mi się nie chcę. O, powiadomienie. "Justyna posted something on your wall.". Trzeba to sprawdzić.
"polaaaaaa zostawiłaś wczoraj u krystiana szalik. mam go u siebie, więc jakby co, wiesz gdzie się kierować;d"
Ok, już wiem, gdzie jest mój szalik. Chociaż to.

Spać mi się chcę. Jestem zmęczona. Wszystko mnie boli. Nie mam faceta. Ani numeru do potencjalnego faceta. Czuję się żałośnie. Idę spać.

Życie jest ciężkie.

piątek, 14 stycznia 2011

nowy rok!

Czasem mam wrażenie, że żyję we własnej, abstrakcyjnej rzeczywistości. Widzę tylko to, co chcę, słyszę to, co mi pasuje, pamiętam tylko o tym, o czym pragnę na zawsze pamiętać. Choćby błahe zaburzenie tej pięknej wizji doprowadza do momentalnego, ostrego załamania. Ale tylko zagłębianie się w kłamstwie doprowadza do szczęścia.
Mam już dość tej wiecznej skrajności, konfliktu i braku zaufania do samej siebie. Mam dość wstydu, który nieustannie czuję, odkąd tylko pamiętam. Ciągłe ocenianie niszczy mi życie.
Ale jak to mówi... bodajże Talmud "sam bądź zmianą, którą chcesz dostrzec". Jakie to ładne.
Pierwszym postanowieniem noworocznym zostaje: nie oceniać. Innych. Nad sobą jeszcze trochę się pomęczę.

czwartek, 23 grudnia 2010

niespodzianka

Mój przyjaciel kiedyś mi powiedział - nigdy nie zadawaj pytań, na które nie chcesz znać odpowiedzi. Pewnie cytował któregoś z wieszczów, o czym oczywiście nie mam pojęcia. Mimo wszystko, zdanie to było i jest dla mnie ważne. Wypadałoby w końcu coś z niego wyciągnąć, a nie z tępą nadzieją liczyć na to, że odpowiedź na każde pytanie będzie mi sprzyjać. Ale Aleksandra, jak pięcioletnie dziecko, woli żyć w przekonaniu, że znajdzie się w centrum każdej wypowiedzi i - oczywiście - otrzyma wraz z nią same laury i pochwały. Narcyzm boli.

niedziela, 19 grudnia 2010

czas obniżyć wymagania

Przez całe życie myślałam, że nie lubię kobiet. W końcu do mnie doszło - to nie tak! Mężczyzn dotyczy to w tym samym stopniu. Ja po prostu nie lubię ludzi.

Kobiety są takie bezradne! To wieczne ofiary - losu lub tyranii mężczyzn, w zależności od tego, co pasuje w danym momencie. Nie wiedzą czego chcą, nie potrafią podjąć żadnej decyzji, a słowo konkret nie istnieje w ich słowniku. Dodatkowo specjalnie robią z siebie kretynki, by to podkreślać. Prezentują swoją dezaprobatę ostentacyjnym obrażeniem się, jakby kogokolwiek obchodziło, co one mają w danej sprawie do powiedzenia. A jeśli nikt nie zasłuży na focha, to i tak nie dowie się, co myślą - i to nie przez ich nieśmiałość, a w ramach kokieterii. Kobiety intrygują, chcąc zwrócić na siebie uwagę lub osiągnąć cel. A jeśli się nie uda, wypierają się odpowiedzialności. A co najgorsze, wcale nie chcą nad sobą pracować i tego zmieniać. 
Muszę jednak przyznać, że to one właśnie mają te cechy, z którymi lubię obcować - są ładne i urocze. Jak małe puchate kotki. Niestety, kotki mają o tyle przewagę, że nie wymagam od nich posiadania mózgu. Może od kobiet też nie powinnam?

Mężczyźni z kolei to wieczni hipokryci, nieustannie próbujący wykazać się swoją siłą, inteligencją czy humorem. Każde wypowiedziane przez nich słowo trzeba przepuścić przez filtr próżności. Znajdując się w grupie, ich samcze gadki doprowadzają słuchaczy do całej gamy pozytywnych reakcji - od kpiny, przez zażenowanie, aż do odruchów wymiotnych. Widzą się jako honorowych i dotrzymujących słowa, w rzeczywistości nie wiedząc nawet, kiedy powinni się owymi cechami wykazać. Promują się jako prostych w obsłudze, nie wiedząc samemu, czego naprawdę chcą. Jest w tym jednak element prawdy. Receptą na samca jest choćby delikatne połechtanie jego niemieszczącego się w żadnej przestrzeni ego. Istne remedium! Kawałek soczystego schabu jest mniej kuszący dla psa, niż dla mężczyzny pierwsza lepsza łatwa kobieta. 
Na dodatek nie bez powodu określa się mianem "płeć piękna" płeć przeciwną. Nie dość, że przeciętnego faceta nie da się słuchać, to jeszcze nie ma na co patrzeć. 

Istnieją jednak wyjątki, i to w obydwu grupach. Jedna kobieta na milion ma w sobie te elementy błyskotliwości, niezależności i zaradności, tak jak ego jednego mężczyzny na milion jest się w stanie zmieścić w moim mieszkaniu, a on sam potrafi się oprzeć nagiemu, kobiecemu ramieniu.

Przyjaźń między kobietami jest trudna, jednak czasem spotkają się dwie z tych jednych na milion. To, że mnie to spotkało, uważam za jeden z największych życiowych sukcesów. Może nie powinnam oczekiwać niczego więcej. Ale jestem istotą rasy żeńskiej, orientacji heteroseksualnej. I naprawdę wierzę, że kiedyś uda mi się chociaż poznać tego jednego na milion, samotnego mężczyznę. Zawsze byłam naiwna.

czwartek, 16 grudnia 2010

welcome to Singapore!

- Lola! Gaś tego szluga, jesteśmy w Singapurze, dostaniesz za to pięćdziesiąt batów kary!
- To by było całkiem ciekawe doświadczenie. Uderzył cię ktoś kiedyś batem?
- Dlaczego nie dziwi mnie, że to powiedziałaś...
- Daj spokój Baster, jesteśmy w malajskim pociągu, w środku singapurskiej dżungli... - wymamrotałam, stojąc przy otwartych drzwiach pędzącego pociągu, delektując się ciepłym powiewem wiatru. Jestem przy równiku, jest idealnie.
- Widzisz tu jakiś brzydki albo stary dom?
- Hmm... trzeba się przyjrzeć. O, tam jest jeden!
- To nie dom, to jakaś zabita dechami szopa.
- Wychodzi na jedno. Jest jeden zniszczony budynek. Jeden zero dla nas.
- To niesamowite, tu naprawdę nie ma brzydkich domów.

Dworzec kolejowy. Zwyczajny, ale czysty. Wymieniamy pieniądze. Ładne, kolorowe - różowe, niebieskie, zielone... z  przeźroczystą plastikową "szybką". Urocze. Singapurskie dolary, brzmi dumnie.
Trzeba się dostać do centrum. Ale są priorytety... gdzie tu można coś zjeść?
Krocząc pięknymi uliczkami, po których równie dobrze można byłoby się przechadzać boso, możemy podziwiać wszechobecne flagi Republiki Singapuru. Chyba trafiliśmy na kolejne święto niepodległości. Akompaniują nam śliczne trawniczki, fontanny, ładne samochody. Panuje podobny klimat jak w Monako. Uparcie staram się znaleźć na chodniku jakiegoś niedopałka, bez skutku. Obejrzałam się dookoła, na jakimś niskim budynku widnieją chińskie znaki. O, ten znam!
- Restauracja! Znak na jedzenie!
- Faktycznie, wchodzimy!
W knajpie panował swojski klimat. Nie było ani nowocześnie, ani szczególnie schludnie. Plastikowe, czerwone krzesełka, kilka okienek kilku różnych chińskich knajpek. Niektóre dopiero się otwierały, było około dziesiątej. Przy stoliku obok jakiś ptak dojadał niedokończoną przez kogoś zupę. Mało singapursko.
- Jesteśmy w China Town! - powiedział z dumą lider naszej grupy, Mateusz, po zapoznaniu się z mapą załączoną w przewodniku Lonely Planet.
- Dlaczego mnie to nie dziwi... Widzę, że nawet w singapurskim China Town panuje syf. Idę kupić papierosy. - powiedziałam, kierując się do najbliższego otwartego okienka. Dziewięć i pół SGD za paczkę mentholowych Marlboro.  Wtedy niecałe trzydzieści złotych. Aleksandro, jesteś w bogatym kraju, który nie lubi palaczy. Biorę, najwyżej będę głodować pod koniec wyjazdu. Jako śniadanie zamawiam arbuza, wygląda najbardziej znośnie. Niestety nie skusiłam się na rosół z rybimi jajami. Dziwne.

Byłam jedynym ekscentrykiem w naszej niewielkiej grupce, reszta zajadała się orientalnymi przysmakami, udając, że im smakują. W końcu chcemy się asymilować, jesteśmy tolerancyjni i ciekawi świata. W takich momentach trzeba na chwilę zapomnieć o tym, że jesteśmy białasami.
Patrzę naokoło, przy stolikach obok wszyscy Chińczycy palą. Zapalić, nie zapalić, zapalić, nie zapalić. Odpalam pierwszego Marlboro. Przez chwilę poczułam się jak mały palacz-przestępca z czasów gimnazjum. Całkiem ekscytujące, ale nie mam już za bardzo siły na takie zabawy. Trzeba się dowiedzieć o co z tym wszystkim chodzi. Nikt jednak nie mówi po angielsku.
Idę ulicą, patrzę na kolorowe Cheong-sam na wystawie. Podbiega Baster z Martą.
- Już wiemy! Jesteśmy w China Town, więc tutaj trochę olewają sobie prawo. Ale ponoć dotyczy to tylko miejscowych. Jak policjanci przyłapią turystę lub białego palącego w knajpie, dostaje mandat - 150 dolarów.
- Rasizm... no dobrze. Czyli my nigdzie nie możemy palić?
- Możemy, przy śmietnikach oznaczonych "SMOKING AREA".
- Gdzie jest najbliższy?
- Na rogu.
Na szczęście takowy śmietnik znajduje się na prawie każdym rogu, a w centrum gromadzi się przy nich wielka grupa pracujących w biurowcach białasów i skośnych. Zabawny widok.

Obserwacja nr 1 - w Singapurze jest wielu ładnych ludzi. Razem z Martą postanawiamy liczyć grube Chinki. Ciężkie zadanie. Po trzech dniach jest 3 do 2 dla Marty. Nigdy nie byłam w to dobra.
Obserwacja nr 2 - nie ma tu policjantów. Dziwne, ale nie narzekam.
Obserwacja nr 3 - ale tu jest ładnie. Dużo (jednak nie za dużo) ozdób, czysto, nowocześnie, zielono.

Kierujemy się do Muzeum Azji i Pacyfiku. Muszę przyznać, jedno z najfajniejszych w jakich byłam w życiu. Nawet mi się podobało, co się raczej nie zdarza. Na dole spotykam znudzoną Martę. Postanawiamy wyjść na świeże powietrze. Zagaduje nas rykszarz-bej, jeżdżąc swoim dziwnym pojazdem wokół nas. Oczywiście myli Poland z Holland, wykrzykując, jak świetnie graliśmy na tegorocznym Mundialu i jak nam kibicował. Grzecznie dziękujemy i idziemy dalej. Przed muzeum stoi Pan sprzedający lody... w różowym, słodkim chlebie. Dwa sing-dolce, nie ograniczamy się. Wybieram smak mango. O dziwo, to było smaczne. Naprawdę!

W końcu reszta grupy opuściła muzeum. Postanawiamy, że trzeba znowu coś zjeść. Idziemy do pierwszego lepszego baru w centrum, który nie zabije nas swoimi cenami. W końcu chwila odpoczynku, nie trzeba łazić z tymi wielkimi plecakami! Mój filet z kurczaka był niedosmażony ("Czego się spodziewałaś? Jesteś w Azji..."), albo mówiąc inaczej, w połowie surowy, ale byłam zbyt zmęczona by narzekać. Zostawiłam prawie cały obiad nieruszony i wkurwiona na tę połowę świata, tęskniłam za porannym arbuzem. Krótka gadka-szmatka z moimi znajomymi na temat mojej wybredności doprowadziła do tego, że przeszłam się do najbliższego śmietnika-popielniczki. Ah, towarzystwo papierosów zawsze było mi drogie. W końcu chwila samotności, z dala od objaśniania planów na najbliższe pięć minut lub bezsensownych dyskusji na temat surowego mięsa. Konkluzja śmierdzącej przerwy: jestem aspołeczna. Cóż, zdarza się.

Rozdzielamy się. Z Martą mamy spać u nieznanego nam jeszcze Filipińczyka. Spotkanie ustalone jest w jednym z centrów handlowych dzielnicy Little India (kolejna dzielnica wiecznego syfu, niezależnie od kraju, w którym się znajduje). Po półtorej godzinnej tułaczce po tym urokliwym państwie-mieście udało nam się trafić. Nasz ratunek na dzisiejszą noc stał i czekał na nas przed kawiarnią Coffee Bean. W końcu się gdzieś rozłożymy!
Juner był trzydziestosiedmioletnim, niskim, kulejącym Filipińczykiem, pracującym dla NGO. Nie myślałam, że okaże się być tak ciekawym człowiekiem. Wyprowadził nas z City Square Mall. Po przejściu przez małą uliczkę, powiedział, że jesteśmy na miejscu. Przed nami stały dwa wielkie, przeszklone apartamentowce, otoczone basenem, jacuzzi i krytą siłownią. By dostać się do środka, trzeba było otworzyć kilka bram z czytnikami kart magnetycznych i wjechać na dwudzieste piętro. Mieszkanie było również zabezpieczone na kartę i kod. Jak my tu wrócimy same, nie mam pojęcia.

Apartament wyglądał jak hotel. Wszystkie rzeczy idealnie czyste, sprawiające wrażenie nowych. Plazma na ścianie, piękna łazienka, nowoczesna kuchnia. Boję się czegokolwiek dotknąć, ale jestem zachwycona. Całe życie miałam słabość do ładnych i nowych rzeczy, tak już mam. Singapurze, kocham Cię.
Juner zaczyna nam opowiadać o sobie. Kiedyś był dziennikarzem na Filipinach. Niestety niepoprawne politycznie artykuły sprawiły, że musiał zrezygnować z zawodu. Wstąpił do NGO i pomagał filipińskim rybakom. Mieszkał w Afganistanie, Amsterdamie, na Sri Lance, teraz w Singapurze. Zajmuje się programem matury IB na świecie, szkoleniem nauczycieli. W ojczyźnie nie był od 12 lat. Rodziny brak. Mieszkanie utrzymuje mu firma. Mówi, że gdy tylko jest w Singapurze, udostępnia je podróżnikom. Ma w sobie coś niesamowitego, bije od niego dobroć i bezinteresowność, ogłada. Z drugiej strony dało się wyczuć w nim samotność. Zdecydowanie należał do osób interesujących.

Filipińczyk dał nam kartę dostępu do budynku i podał nam kod do mieszkania, po czym ugościł nas wodą i ciasteczkami. Zaczęliśmy rozmawiać. O nim, o nas, o tym dziwnym państwie-mieście, w którym się znajdowałyśmy.
- Juner, powiedz mi, bo intryguje nas jedna rzecz... Ponoć Singapur jest takim policyjnym krajem, my przez cały dzień nie widziałyśmy radiowozu. O co chodzi? - zapytała w końcu Marta.
- Singapur jest fajnym miejscem. Panuje porządek, jest bezpiecznie, nie ma biedy. Ma to jednak swoją cenę. Żyjąc tu ma się wrażenie funkcjonowania w wielkiej bańce. Jest zbyt idealnie. A co do policjantów.. Wszystko, co się dzieje na ulicach jest nagrywane. Nie biegają po ulicach, bo widzą wszystko na monitoringu. Gdy tylko coś się dzieje, ktoś próbuje coś ukraść, gdzieś się włamać czy namalować coś na ścianie, policja zjawia się w ciągu kilku minut. Tu nikt nawet nie myśli o popełnianiu zbrodni.
- Tego się nie spodziewałam...
- Właśnie. Tak więc nie radzę palić w niedozwolonych miejscach czy rzucać na ziemię śmieci. Za to grozi wam pięćset dolarów grzywny.
- Dzięki za radę...
- Nie ma sprawy. Ja tymczasem idę spać, dziewczęta. Dobranoc. - podsumował Juner, wychodząc z pokoju.