wtorek, 22 lutego 2011

request

Drogi Stwórco (pod którąkolwiek postacią byś nie był - byle wszechmogącą) !

Zwracam się do Ciebie z prośbą. Mianowicie, chcę z powrotem moje włosy. Oj nie, ja nie chce. Ja nawet nie pragnę. Ja żądam. Żądam zwrócenia mi mojej własności, która została mi bezprawnie odebrana i to z chuj-wiadomo-jakiego powodu. A należą mi się, jako zdrowej, dwudziestoletniej kobiecie. Nie mam raka, grzybicy skóry czy stu lat. Mam dosyć słuchania psychologicznych natchnionych bujd czy pierdolizy genetyków. Prawdą jest, że jako młoda laska - i to w stanie praktycznie idealnym - muszę znosić częściowy (ale znaczny) ubytek włosia na mojej pięknej, zgrabnej głowie, z czym czuję się niekomfortowo. To już nie jest wstyd, smutek czy rozpacz. To jest złość. Wkurwienie. Irytacja. Czekam i czekam, aż te pieprzone włosy zechcą wrócić na swoje miejsce. I tylko patrzę, jak pojawia się kolejny nawrót, ewentualnie chwilowa, częściowa poprawa stanu "zdrowia".

Za co ja, do kurwy nędzy, pokutuję? Co to ma mi dać, oprócz świadomości, że nie mogę ubrać się elegancko czy iść do normalnej pracy? Świetnie, naprawdę jest to zajebiście zabawne, że kobieta musi dziesięć razy więcej myśleć o swoim wyglądzie i mocno się malować, żeby w turbanie nie wyglądała jak po ostrej kuracji interferonem. Uwielbiam to, gdy ludzie chwalą mój styl ubierania jako interesujący czy egzotyczny, bo jeśli tylko bym mogła, ubrałabym t-shirt, dżinsy i adidasy, gdyż w tym czuję się najlepiej. Bardzo przyjemny jest fakt, że nie mogę normalnie pograć w tenisa czy kosza, bo konstrukcja na mojej głowie zaraz się rozpierdoli. Jestem naprawdę wdzięczna za te chwile cierpienia, w końcu było mi to najwyraźniej bardzo potrzebne.

Muszę przyznać, że z pewnością ta "choroba" miała jakieś plusy. Cieszę się z tego, kim teraz jestem, a bez niej wszystko wyglądałoby inaczej. Nie mniej jednak, trzy lata to już dużo i naprawdę chcę wrócić do normalności. Poza tym - nic nie wynagrodzi mi cierpienia, które musiałam znosić, tracąc włosy, które jak wiesz, są dla mnie podstawowym kryterium przy ocenie czyjegokolwiek wyglądu. Pogodziłam się z tym i nie wymagam cudów. To tylko powrót do normy. Zapomnę i wybaczę ten wybryk.

Odkąd byłam mała, miałam ewidentnego fioła na punkcie włosów i chciałam być fryzjerką. Na samą ich pielęgnację wydawałam ok. 150 zł miesięcznie. Dbałam o nie, jak o nic innego. I nagle, ni z gruchy, ni z pietruchy, muszę oglądać, jak pływają w mojej herbacie, zupie czy wciskają się między klawisze komputera. Z założenia włosy nie mają pływać w herbacie. Mają być na głowie. Mają upiększać ludzi i chronić ich przed zimnem. A nie atakować mnie z każdej strony i pokazywać jak przyjemnie się ode mnie ucieka. To już pokazują mi ludzie i moje ciało nie musi zadawać sobie tego trudu, by uświadamiać mnie o tym na każdym kroku.

Składam więc tę prośbę w formie pisemnej, wirtualnej, gdyż w żadnej innej (jak na razie) nie zostałam wysłuchana, a naprawdę mi na tym zależy. Nie chcę akceptować takiego stanu rzeczy, gdyż nie uważam go za konieczny i nieuleczalny. Bardzo proszę o ruszenie dupy i zrobienie czegoś z tym fantem.
Dziękuję,
Aleksandra

1 komentarz: