wtorek, 30 listopada 2010

żyjąc gdzieś indziej

Kolejny raz obudziły ją Głosy. Leżała, nie potrafiąc ani wstać, ani jakkolwiek się ruszyć. Gdzieś w oddali słyszała, jak rozmawiają, śmieją się, plotkują, dyskutują. Ona słuchała. Taka jest rola, słuchanie i podziwianie. O czasu do czasu wyrażenie aprobaty, gdy już pękają z zachwytu, głównie nad sobą. 

Głosy często ze sobą rozmawiają. Chyba się lubią. Jej jednak nie pytają o zdanie. Nie ma dla niego miejsca w tym innym życiu, gdzieś w innym świecie. 

Ona ma jednak jedną poważną wadę - pragnie poczucia akceptacji. Od Głosów również. Dla nich jednak jest ona tylko przymusowym towarzyszem. Mimo, że żyją już przy niej od dawna, cały czas nie pokazały swojego prawdziwego oblicza. Ona przez to, że nie może ich dostrzec, przez to, że ich nie zna, czuje lęk. Boi się zbliżać, boi się mówić. Unika konfrontacji.

Głosy często żądają i wyrażają dezaprobatę. Obserwują jej życie, zwracając uwagę na błędy, które popełnia. Każą je zmieniać. Kradną jej prywatność, zachowując swoją dla siebie. Pokazują, jakie są ważne, jak nad nią panują. Nie okazują szacunku, obrażając się równocześnie, gdy ona odwzajemnia się tym samym.

Czasem zastanawiam się, czy to ona nie zna Głosów, czy to one nie znają jej. Z samych obserwacji, zwłaszcza prowadzonych wybiórczo, można wyciągnąć omylne wnioski. Zgnieciona jednak ciężarem banicji, nie jest w stanie mówić.

poniedziałek, 29 listopada 2010

Ola, Marta i szok kulturowy.

"Jadąc do Azji pamiętajcie, by nauczyć się idealnie jeść pałeczkami. Jak będziecie potrafić robić to lewą ręką, zyskacie szacunek". Do dziś pamiętam tę kwestię, wypowiedzianą przez mojego wykładowcę z konwersatorium zwanego "Badania terenowe". Azja Południowo-Wschodnia - przecież to dzicz! Jak sobie tam poradzę? Wielkie robaki, komary, temperatura tak wysoka, że aż nie do zniesienia. W dodatku bieda i ludzie jedzący pająki. To dopiero będzie przygoda!

Pierwszy przystanek - Kuala Lumpur, Malezja. Wita mnie średniej wielkości lotnisko, gorące powietrze, w strefie bezcłowej polska wódka oraz kawiarnia Starbucks przy wyjściu. Autobus za 8 ringgitów (ok 7.20zl) w niecałą godzinę dowozi mnie do miasta, a dokładniej do dworca autobusowego KL Sentral. Grupa hindusów czeka i liczy, że naciągnie na "takśi" kilku rozrzutnych białasów. Ja za to postanawiam szukać Anga, Chińczyka, który ma mi zapewnić mieszkanie przez najbliższe dwie noce.

Niełatwo go odszukać. Dworzec jest duży, nie mogło zabraknąć takich rarytasów jak McDonald's, Starbucks czy stoiska z pamiątkami. Ceny mniej więcej takie jak Polsce. Dużo sprzedających malajskich muzułmanek. Czysto, dosyć nowocześnie. Drogowskazy zarówno w języku bahasa melayu, jak i angielskim. 

Po jakimś czasie znajduję naszego miejscowego znajomego. Decydujemy się na to, by pójść na obiad - zaznaczając przy okazji - TANI. Chińczyk prowadzi w kierunku dzielnicy Little India. Miejsce nie wygląda najschludniej, stoją plastikowe stoły i krzesła, szef-hindus giba się przy półce, na której stoją różne potrawy. My wybieramy, co i w jakich ilościach zamówimy, właściciel podaje cenę, ale (co dziwne) dopiero po tym, jak skończymy jeść. Kurczak curry wygląda najbardziej swojsko. Na stołach w kubkach leżą sztućce i pałeczki, do wyboru. Wybieram widelec.

Myślałam, że lubię ostre jedzenie. Teraz już wiem, że nigdy nie zdawałam sobie sprawy, co znaczy słowo ostre. Razem z colą, ciastkiem z wiórków kokosowych i dwoma bananami (wynik rozpaczliwej próby zneutralizowania uczucia pożaru w ustach) wychodzi 10 ringgitów (ok. 9zl). Nasz chiński przewodnik twierdzi, że to dobra cena. 

Czas odłożyć bagaże - jedziemy do domu. Ang zawozi mnie i moje dwie koleżanki do swojego mieszkania, znajdującego się gdzieś pod centrum. Po drodze opowiada o swoim kraju, o Malezji. O królu-muzułmaninie, o tym, że każdy ma samochód, o taniej benzynie i swoim przywiązaniu do tego miejsca. Nie jest fanem Kuala Lumpur, poleca nam za to malajskie plaże i małe miejscowości - sam pochodzi z jednej z nich, przyjechał do KL na studia prawnicze. 

Mieszkanie Anga znajdowało się na typowym blokowisku, przypominającym mi trochę warszawski Służew. Po klatce schodowej biegały hinduskie dzieci, w oknach nie było szyb. W tak ciepłym kraju nie musi ich być. Przed drzwiami do mieszkania krata z kłódką i miejsce na zostawienie butów. W środku panuje studencki klimat - niepozmywane naczynia, włączony telewizor, kilka laptopów, walające się po podłodze ubrania, materac zamiast łóżka. W takich warunkach żyje 90% studentów w Polsce. Szczupła Chinka w szortach wita nas i oferuje malajskie owoce. Wyzwaniem jest spuszczanie wody w toalecie za pomocą wiaderka i prysznic, który ma tyle przycisków, że nie wiadomo, jak i gdzie go włączyć.

Razem z Martą, moją przyjaciółką, udałyśmy się na poszukiwanie miejsca, w którym można by kupić papierosy. Chodząc po okolicy, odkryłyśmy osiedlowy sklep. Zdecydowałyśmy się na L&My i Marlboro mentholowe oraz maślane bułeczki. Skierowałyśmy się w kierunku placu zabaw. Pamiętam to okrutne wrażenie papierosów smakujących wspominanym wcześniej kurczakiem curry. Siedząc na huśtawkach, rozmawiałyśmy.
"- Wiesz co, Marta? Powiem Ci szczerze, że jakoś nie czuję żadnego szoku kulturowego.
- Szczerze mówiąc, ja też nie."

piątek, 26 listopada 2010

le tentation

Ile siły potrzebuje człowiek, by móc walczyć samemu ze sobą! Oscar Wilde pisał potrafię znieść wszystko, oprócz pokusy. Ile racji miał w tym krótkim i dosadnym zdaniu.

Czym jest życie, jak nie drogą pełną pokus. Jednak one same w sobie to nie tylko złe moce. To pokusy sprawiają, że powstaje moment, w którym trzeba się zatrzymać i coś przemyśleć. Pojawia się moment decyzji. A także chwila, która udowadnia nam, kto nad nami panuje - człowiek, czy zwierzę. Ale czy to nie to samo? Człowiek to zwierzę, lecz zwierzęciem niekoniecznie musi być człowiek. Tylko które zwierzę nad nami panuje w momencie, gdy się skusimy? 

Do ludzi należy siła decyzji. To oni mają wolną wolę, to oni zawsze mają inne wyjście. Na tym polega ich moc i wyjątkowość. "I nie wódź nas na pokuszenie!" wołają chrześcijanie do Boga w Modlitwie Pańskiej. Dlaczego? Bo zobaczysz, jak słabi jesteśmy? Przecież powtarzamy to na każdym kroku. Doskonale o tym wiesz. W oczach Najwyższego chcemy być grzecznymi owieczkami, a nie grzecznymi ludźmi. Prosimy, by nasze życie było sielankowe i urocze. Czy stwierdzenie "Boże, jeśli tego pragniesz, wystawiaj mnie na próbę czy pokuszenie. Kocham Cię i zrobię wszystko co w mojej mocy, by przetrwać w Twoje imię" byłoby zbyt dużą pychą?

Pokonanie pokusy sprawia, że stajemy się silniejszymi ludźmi. To niesamowite, jeśli potrafimy znaleźć wartość wyższą, niż własne pragnienie. Zastanawia mnie tylko, czy jest to możliwe bez treningu. W życiu uczymy się wielu rzeczy, należy do nich również podejmowanie słusznych decyzji. Dlatego ważne jest, by potrafić przebaczyć i dać kolejną szansę. 

Każdy ulega pragnieniom, wszyscy pragniemy swojego szczęścia. Ważne jest jednak, by potrafić rozróżnić, co poprowadzi nas ku szczęściu, a co wręcz przeciwnie.

czwartek, 25 listopada 2010

Niczego nie żałuję?

Zrobiłam w życiu bardzo wiele nieprzemyślanych (bezmyślnych wręcz!) rzeczy. Prowadziły one do niepożądanych skutków i niechcianego obrotu spraw, a co się z tym łączy, niepotrzebnego ciężaru, kolejnego bardziej lub mniej ciężkiego woreczka, który zapewne będę dźwigać do końca mojego życia. Poczucie winy pojawiało się i znikało, w zależności od tego, czy było mi potrzebne do tego, by czuć się ze sobą dobrze. Jako dobry, cnotliwy człowiek (którym oczywiście jestem), nie mogłam zapomnieć o rozważaniu nad celem czy sensem moich poczynań, wstępnych wnioskach i oczywiście - myśli nad konsekwencjami, które (o dziwo!) zazwyczaj najbardziej bolą w takich sytuacjach. Czy jednak można powiedzieć, że tego żałowałam?

Ostatnio bardzo często słyszy się o  tym, jak to wszystkie Twoje uczynki, zarówno dobre jak i złe, nie zasługują na to, by ich żałować, gdyż ukształtowały Cię na człowieka, którym jesteś w tym momencie. Gdyby nie to, co zrobiłeś wtedy, możliwe, że teraz byłbyś kimś innym, w zupełnie innej sytuacji życiowej. Ciesz się życiem, jest tylko jedno, co się stało, to się nie odstanie! Zrobiłeś krzywdę dziecku? Partnerowi? Przyjacielowi? Komuś obcemu? Sobie? Teraz to należy już do przeszłości, "przepraszam" niczego nie zmieni, ma czysto kurtuazyjną funkcję, a to, że się obwiniasz i żałujesz, tylko źle wpływa na Twoje samopoczucie i kondycję psychiczną.

Ludzie żyjący tym przekonaniem często myślą, iż tak, zrobili dużo nieprzemyślanych rzeczy, ale uczucie, jakim jest żałowanie czegoś, wydaje się absolutnie zbędne. Poniża. Na pytanie Żałujesz? odpowiadają Ciężko powiedzieć, to było głupie, trochę mi źle ze względu na x, ale nie żałuję, to było całkiem ciekawe doświadczenie. Nie chcą żałować, wypierają to, a potem zazwyczaj powtarzają błędy, obciążają się coraz bardziej, aż w końcu załamani kończą na dywaniku u terapeuty. Motywacją ich działań najczęściej był egoizm, chęć przeżycia chwili przyjemności, unikanie obowiązków. Mimo tego, oni wcale nie żałują. Powiedzą - to było głupie. I koniec. Ten łańcuszek refleksja -> wnioski -> myśl nad konsekwencjami, urywa się w miejscu wniosków. Gorzej, gdy konsekwencje same znajdą Ciebie. Jak coś zniszczysz, doprowadzisz do czyjegoś samobójstwa, zajdziesz w ciążę, wyrzucą cię z uczelni, zostawi cię ukochany człowiek, ktoś się na Ciebie śmiertelnie obrazi. Koncepcja "niczego nie żałuję" umiera, gdy dotkną nas poważne konsekwencje i zorientujemy się, że musimy budować życie od nowa. Wtedy zadajemy sobie pytanie Ale czy ja naprawdę cieszę się z tego, kim teraz jestem i w jakiej jestem sytuacji?. Co zabawne, nawet zdając sobie z tego sprawę, dalej nie żałujemy. Nauka z cudzych przeżyć wydaje się  być mimo wszystko zbyt trudna.

Abstrahując od żałowania swoich haniebnych dokonań - najzabawniejsze jest to, że "po fakcie" ludzie często zaczynają żałować nawet, gdy krzywda, która ich dotyka, nie była ich winą. Umiera ktoś bliski - mogłem temu zapobiec, przyjaciel trafia do szpitala - gdybym wtedy z nim był, to by się nie stało (albo to mnie by się to stało), gdybym była wtedy z nim, gdybym była lepszą dziewczyną, nie zdradziłby mnie. W takich momentach stajemy się SuperManami, bohaterami, którzy wszystko potrafią. Od nas zależały losy tego świata. My? Bezsilni? Nigdy. Po prostu popełniliśmy błąd w założeniach. To nasza wina.
W drugim przypadku po tragedii stajemy się największymi ofiarami. Nic nie mogłem zrobić. Nie mam szczęścia w życiu. Kolejny raz mnie zdradził, tępy skurwiel. Jestem taka bezsilna. Nie potrafię już dłużej żyć. Bóg nie istnieje. 

Osobiście uważam, że oba przypadki są równie absurdalne. Gdyby nie to, że człowiek patrzy na wydarzenia z perspektywy "Ja", takie myśli nie miałyby miejsca. Pojawiłby się, w swojej czystej, szczerej postaci, smutek. Ten, który trzeba przeżyć, by potem stanąć na nogi. Dzisiejszy, albo może człowiek po prostu, bez względu na czas, nie posiada tej  ważnej, czystej i najbardziej pożądanej w nim cechy - pokory. Woli udawać, że jest silny, lub że jest taki biedny, słaby, potrzebujący wsparcia i pomocy. Nie potrafi sam przeżyć swoich smutków, sięga albo po swoją nieistniejącą silną dłoń, albo po dłoń swego przyjaciela. Nie potrafi się szczerze poddać. Przyznać do przegranej i z podniesioną głową iść dalej. A bez tego życie jest dużo trudniejsze.