Zrobiłam w życiu bardzo wiele nieprzemyślanych (bezmyślnych wręcz!) rzeczy. Prowadziły one do niepożądanych skutków i niechcianego obrotu spraw, a co się z tym łączy, niepotrzebnego ciężaru, kolejnego bardziej lub mniej ciężkiego woreczka, który zapewne będę dźwigać do końca mojego życia. Poczucie winy pojawiało się i znikało, w zależności od tego, czy było mi potrzebne do tego, by czuć się ze sobą dobrze. Jako dobry, cnotliwy człowiek (którym oczywiście jestem), nie mogłam zapomnieć o rozważaniu nad celem czy sensem moich poczynań, wstępnych wnioskach i oczywiście - myśli nad konsekwencjami, które (o dziwo!) zazwyczaj najbardziej bolą w takich sytuacjach. Czy jednak można powiedzieć, że tego żałowałam?
Ostatnio bardzo często słyszy się o tym, jak to wszystkie Twoje uczynki, zarówno dobre jak i złe, nie zasługują na to, by ich żałować, gdyż ukształtowały Cię na człowieka, którym jesteś w tym momencie. Gdyby nie to, co zrobiłeś wtedy, możliwe, że teraz byłbyś kimś innym, w zupełnie innej sytuacji życiowej. Ciesz się życiem, jest tylko jedno, co się stało, to się nie odstanie! Zrobiłeś krzywdę dziecku? Partnerowi? Przyjacielowi? Komuś obcemu? Sobie? Teraz to należy już do przeszłości, "przepraszam" niczego nie zmieni, ma czysto kurtuazyjną funkcję, a to, że się obwiniasz i żałujesz, tylko źle wpływa na Twoje samopoczucie i kondycję psychiczną.
Ludzie żyjący tym przekonaniem często myślą, iż tak, zrobili dużo nieprzemyślanych rzeczy, ale uczucie, jakim jest żałowanie czegoś, wydaje się absolutnie zbędne. Poniża. Na pytanie Żałujesz? odpowiadają Ciężko powiedzieć, to było głupie, trochę mi źle ze względu na x, ale nie żałuję, to było całkiem ciekawe doświadczenie. Nie chcą żałować, wypierają to, a potem zazwyczaj powtarzają błędy, obciążają się coraz bardziej, aż w końcu załamani kończą na dywaniku u terapeuty. Motywacją ich działań najczęściej był egoizm, chęć przeżycia chwili przyjemności, unikanie obowiązków. Mimo tego, oni wcale nie żałują. Powiedzą - to było głupie. I koniec. Ten łańcuszek refleksja -> wnioski -> myśl nad konsekwencjami, urywa się w miejscu wniosków. Gorzej, gdy konsekwencje same znajdą Ciebie. Jak coś zniszczysz, doprowadzisz do czyjegoś samobójstwa, zajdziesz w ciążę, wyrzucą cię z uczelni, zostawi cię ukochany człowiek, ktoś się na Ciebie śmiertelnie obrazi. Koncepcja "niczego nie żałuję" umiera, gdy dotkną nas poważne konsekwencje i zorientujemy się, że musimy budować życie od nowa. Wtedy zadajemy sobie pytanie Ale czy ja naprawdę cieszę się z tego, kim teraz jestem i w jakiej jestem sytuacji?. Co zabawne, nawet zdając sobie z tego sprawę, dalej nie żałujemy. Nauka z cudzych przeżyć wydaje się być mimo wszystko zbyt trudna.
Abstrahując od żałowania swoich haniebnych dokonań - najzabawniejsze jest to, że "po fakcie" ludzie często zaczynają żałować nawet, gdy krzywda, która ich dotyka, nie była ich winą. Umiera ktoś bliski - mogłem temu zapobiec, przyjaciel trafia do szpitala - gdybym wtedy z nim był, to by się nie stało (albo to mnie by się to stało), gdybym była wtedy z nim, gdybym była lepszą dziewczyną, nie zdradziłby mnie. W takich momentach stajemy się SuperManami, bohaterami, którzy wszystko potrafią. Od nas zależały losy tego świata. My? Bezsilni? Nigdy. Po prostu popełniliśmy błąd w założeniach. To nasza wina.
W drugim przypadku po tragedii stajemy się największymi ofiarami. Nic nie mogłem zrobić. Nie mam szczęścia w życiu. Kolejny raz mnie zdradził, tępy skurwiel. Jestem taka bezsilna. Nie potrafię już dłużej żyć. Bóg nie istnieje.
Osobiście uważam, że oba przypadki są równie absurdalne. Gdyby nie to, że człowiek patrzy na wydarzenia z perspektywy "Ja", takie myśli nie miałyby miejsca. Pojawiłby się, w swojej czystej, szczerej postaci, smutek. Ten, który trzeba przeżyć, by potem stanąć na nogi. Dzisiejszy, albo może człowiek po prostu, bez względu na czas, nie posiada tej ważnej, czystej i najbardziej pożądanej w nim cechy - pokory. Woli udawać, że jest silny, lub że jest taki biedny, słaby, potrzebujący wsparcia i pomocy. Nie potrafi sam przeżyć swoich smutków, sięga albo po swoją nieistniejącą silną dłoń, albo po dłoń swego przyjaciela. Nie potrafi się szczerze poddać. Przyznać do przegranej i z podniesioną głową iść dalej. A bez tego życie jest dużo trudniejsze.